niedziela, 28 grudnia 2008

Sąsiedzi

Pierwszymi zarejestrowanymi przez moją pamięć sąsiadami było małżeństwo mieszkające drzwi w drzwi. Było to za okupacji w Warszawie na ul. Długiej 5 ( dzisiaj są tam jakieś biura).

Ona była wielka i gruba, on drobniutki niski. Jednak siły widocznie inaczej się układały bo sąsiad po pijaku bił swoją wybrankę, a i często przytraczał ją łańcuchem na kłódkę do drzwiczek pieca kaflowego – o czym wiedzieli wszyscy w koło po rykach sąsiadki żeby ją zwolnić z uwięzi, całkiem niepotrzebnie, bo drzwi wejściowe też były zamknięte na klucz przez szanownego małżonka „wybytego” na kielicha!

Utrzymywali się z handlu, często stali pod bramą z wagą i workiem ziemniaków, często też sąsiadka ciskała tymi ziemniakami w swojego napitego małżonka. Ale poza tym byli to bardzo mili ludzie, grzeczni, usłużni.

Nie wiem czy przeżyli powstanie, obawiam się, że nie.

Potem Olsztyn. O tutaj to już miałem znacznie ciekawszych sąsiadów, do dzisiaj można ich znaleźć w wielu wydawnictwach i na stronach IPN.

Mieszkaliśmy na małej uliczce o nawierzchni gruntowej blisko rozwidlenia z jedną z głównych olsztyńskich ulic.

Był to budynek czterorodzinny wybudowany tuż przed wybuchem wojny, otoczony ze wszystkich stron willami, było z niego wyjście na obie ulice.

Od północy sąsiadowaliśmy z willą z garażem i wielkim tarasem, zajmował ją towarzysz partyjny pracował w komitecie wojewódzkim, potem był dyrektorem chłodni olsztyńskiej.

Był to człowiek spokojny, często tak się składało, że szedł do pracy razem z moim ojcem, całą drogę toczyli dyskusję na temat jaki ustrój jest lepszy, komunizm czy kapitalizm, nigdy nie doszli do wspólnego stanowiska, każdy pozostał przy swoim zdaniu. Ojciec mógł sobie pozwalać na takie rozmowy, sąsiad dla najbliższych sąsiadów był nieszkodliwy.

Od wschodu, po drugiej stronie ulicy mieszkał doktór Mróz, jeździł do pracy zielonym samochodem marki Hanomag z roku 1926. Jeździł wolno, dostojnie w kapeluszu, nie zmienił tego samochodu do śmierci czyli dobrze ponad trzydzieści lat. Obecnie samochód znajduje się w rękach jakiegoś hobbisty, może doczeka się renowacji i powrotu do dawnej świetności.

Dr Mróz nie uznawał modnej diety, przyznawał się, że jadł bardzo dużo masła i cukru, mimo takich przyzwyczajeń żywieniowych żył ponad dziewięćdziesiąt lat! Była to postać ogólnie znana i szanowana w Olsztynie.

Willę od południa zajmował zastępca szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, jego żona była prokuratorem. Mieszkał z nimi jej kilkunastoletni syn z pierwszego małżeństwa, oraz maleńki chłopczyk którego się dorobiła w nowym stadle.

To była dziwna ulica, nie było na niej dzieci w moim wieku, jedynie syn pani prokurator był moim rówieśnikiem, więc zrozumiałe, że szybko żeśmy się skumplowali. Znajomość ta raczej koledze nie wychodziła na dobre. Jego matka patrzyła na tą znajomość bardzo źle, syn jakiegoś akowca, czarnej reakcji, a ona z mężem tacy wielcy komuniści.

Nie miałem prawa wchodzić tam do domu, lecz tylko wtedy jak była jego matka!

Jak był jego ojczym mogliśmy hulać po całym mieszkaniu łącznie z jego gabinetem, należało tylko trzymać to w tajemnicy przed matką kolegi.

Niestety młodszy braciszek kolegi czasami wypaplał sprawę swojej mamusi, wtedy kolega miał szlaban, a głosy dobiegające zza płotu dowodziły, że dorośli mieli całkiem inne zdanie na ten temat.

Kolega był bardzo ciekawy jak wygląda kościół w środku, sam nie miał odwagi wejść do kościoła. Któregoś dnia poprosił mnie żebym mu opisał jak to wszystko wygląda, więc wziąłem go ze sobą, oprowadziłem po kościele Serca Jezusowego, wytłumaczyłem co i jak. Był w szoku i pełen zachwytu.

Jak wiadomo świat jest pełen donosicieli więc sprawa została przekazana matce kolegi.

Mój ojciec został wezwany na dywanik do gabinetu pani prokurator gdzie usłyszał, że nie mam prawa spotykać się z jej synem bo mam bardzo zły wpływ na jego zachowanie, ponadto mogę wypaczyć jego światopogląd, ani nie życzy sobie, żeby syn brnął w ciemnotę religijną wierząc w jakiegoś wymyślonego Boga.

Oczywiście nic to nie pomogło, zwłaszcza, że jego ojczym miał inne zdanie na temat naszej znajomości.

Chyba to przeważyło szale i mamusia wysłała syna na Śląsk do technikum górniczego, od tej chwili skończyła się nasza znajomość, kolega za karę spędził całe dorosłe życie w kopalni.

Wprawdzie któregoś lata przyjechał na wakacje do Olsztyna w mundurku szkoły górniczej, podczas spotkania opowiedział mi jak to się stało, że wyjechał na Śląsk.

Miał wielki żal do matki, która wytłumaczyła mu, że musi tam jechać bo brak rąk do pracy w górnictwie, więc musi w ten sposób włączyć się w walkę o komunizm. Czy na świecie może być coś gorszego od kobiety fanatyczki?!

Taka wielka komunistka, a chciała się ubierać jak wielka pani, podwędziła futro z depozytu sądowego i paradowała w nim po Olsztynie, za ten wybryk została zwolniona z prokuratury.

A zastępca szefa WUBP? Chyba słabo się starał, bo już w roku 1955 wylądował jako kierownik domu wczasowego w Kowarach, a w marcu 1956 został zwolniony z pracy.

Jako sąsiad był całkiem w porządku, było to chyba na zasadzie, że wokół gniazda drapieżnika mogą czuć się bezpiecznie wszelkie zwierzątka, na polowania wybierał się w dalsze okolice.

A od zachodu – tam po przeciwnej stronie ulicy mieszkał Mieczysław Moczar „Mietek”, a wraz z nim jego pies, czarny owczarek niemiecki. Obaj byli siebie warci, owczarek pędzał gdzie chciał ogryzając ludzi, między innymi synowi pani prokurator niemal wyrwał łydkę, trochę to było jak w rodzinie, gorzej z innymi.

A „Mietek”? Ten chodził szybkim krokiem z miną odpychającą, często z teczuszką pod pachą, z nikim nie rozmawiał ani się spoufalał, nie był to człowiek któremu można zaufać.

Szczęśliwie wyprowadził się w 1952 roku, na jego miejscu zamieszkali ludzie nie rzucający się w oczy.

A jak z najbliższymi sąsiadami? Pod nami na parterze mieszkał z żoną i córką pracownik lasów państwowych, chyba sekretarzował w nadleśnictwie. Był to człowiek mocno trunkowy, najczęściej po pracy wracał nabrany jak przysłowiowa żaba mułu. Stosunkowo spokojnie było jeśli nie miał siły wejść po kilku schodkach do mieszkania, wtedy siedział na schodach i dojrzewał. Kiedyś spytany przez mamę czemu tak siedzi nie idzie do domu, wybełkotał ze spokojną miną, że czeka na tramwaj!

Dopiero było ciekawie jak miał siłę dojść do mieszkania, rozpoczynała się dzika awantura, żona z córką wyskakiwały przez okna, a napity pan i władca ganiał je wokół budynku, wszystko to przy akompaniamencie dzikich wrzasków.

Jeśli było lato to pół biedy, lecz zimą? Panie wyskakiwały na bosaka w nocnych koszulach, może to i dobrze działało na ukrwienie stóp, lecz nie wzbudzało aprobaty sąsiadów. Jednak żadne rozmowy z sąsiadem nie przynosiły pozytywnych zmian, był niereformowalny.

Nie mieszkali długo, na ich miejsce wprowadziła się dentystka i zapanował błogi spokój.

Myślę, że w nowym miejscu dalej mieszkali na parterze, bo jeśli wyżej, to strach pomyśleć.

Wis a wis mieszkał pan kapitan z żoną, dorosłą córką i małym chłopczykiem. Po drugiej stronie ulicy jego małżonka uprawiała ogródek, a obok niej za siatką inna pani również pieliła i siała marchewkę. Obie pałały do siebie dziwną nienawiścią, jak się zbiegło, że obie znalazły się w ogródkach rozpoczynała się awantura. Początkowo tylko wywrzaskiwały w swoim kierunku, lecz kończyło się zawsze tak samo. Obie damy podbiegały do siatki, odwracały się do siebie tyłem, wypinały to miejsce gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, zadzierały kiecki na plecy i kazały się całować!

Ogródki były kilka metrów niżej od ulicy, więc przechodnie mieli darmowe teatrum, niestety sztuka zawsze była identyczna, doprowadziło to publiczność do znudzenia, więc i oglądalność spadła. Szkoda, bo ten piękny śpiewny język rodem ze Lwowa nadawał przedstawieniu swoistego piękna.

A pan kapitan – dostał rozkaz udania się na wojnę do Korei, miał już dość wojny 39 – 45, więc uznał, że obcięcie palca siekierą podczas rąbania drewna wybawi go z opresji, tak też się stało.

Jak widać od wielu lat nasze wojsko walczyło poza krajem, wtedy broniło komunizmu przed agresją amerykańską i nikt nie ośmielił się głośno protestować!

Nasze statki dowoziły broń i amunicję do Korei, Wietnamu, a nasz wywiad był też tam obecny.

Między innymi w Wietnamie działała jedna z naszych pisarek przezywana ciotką rewolucji. Podczas przypadkowego spotkania w Sajgonie ze swoją przyjaciółką która też była tam w wiadomym celu, obie udały, że się nie znają, cóż ten zawód ma swoje wymagania.

Więc nasza dzisiejsza obecność w Iraku, Afganistanie nie jest jakimś nowum i nie ma co kruszyć w tej sprawie kopii.

Wróćmy do sąsiadów, kilka domków dalej była spalona willa, tam Rosjanie spalili parę osób narodowości niemieckiej, uprzednio nakarmiwszy – ten naród to ma serce!

Właśnie ta spalona willa stała się obiektem westchnień pani która wróciła do Polski z Anglii.

Jak to załatwiła nie mam pojęcia, willę dostała. Rozpoczęła remont, ktoś tam jej pomagał, pracowała sama fizycznie, po kilku latach olbrzymich wyrzeczeń willa była niemal skończona.

Wtedy to władza ludowa odebrała willę właścicielce i osiedliła w niej „właściwą” osobę. A cóż to sobie myślała jakaś repatriantka ze zgniłego zachodu, że będzie mieszkać w pałacach?!

Szkoda, tak piękne uprawiała georginie, pełne, wielkie, różne kolory i odmiany.

Nowy właściciel nic nie robił, nie miał takich wielkopańskich zachcianek, wolał chwasty.

Dom w którym mieszkałem, przed wojną należał do Niemców, żyła jego właścicielka, odebrano jej dom i wykwaterowano.

Lecz w końcu lat siedemdziesiątych raptem staruszce zwrócono dom i pozwolono w nim zamieszkać. Z miejsca znalazł się jakiś co miał możliwości, odkupił od niej dom za przysłowiową złotówkę i załatwił jej papiery na wyjazd do Niemiec. Tak więc staruszka osiemdziesięcioletnia została zaraz po stanie wojennym wyekspediowana do RFN, gdzie wkrótce zmarła.

Nowy właściciel na strychu uwił sobie gniazdko, gdzie przyjmował panów, nie gustował w kobietach, no cóż szło nowe, może to była taka forpoczta?

Potem dom został sprzedany z odpowiednim zyskiem państwu, dawni lokatorzy musieli się wyprowadzić, budynek przejęła oświata.

Wygląda na to, że już wtedy zaczęto przygotowywać się do zmiany ustroju, już wtedy zaczęto przejmować co się dało i jak się dało.

Jak zgrabnie to przeprowadzono, litościwa władza ludowa oddała staruszce po trzydziestu kilku latach to co zrabowała, następnie pozwoliła jej to sprzedać i wyjechać do RFN, żeby potem odkupić dom za duże pieniądze od właściwej osoby!

Obecnie dobudowano do niego różne przystawki i oczywiście zgodnie z tym, że miejsce cię nie pamięta, dom nie pamięta kto w nim kiedyś mieszkał.

A lokatorzy, sąsiedzi? Zdecydowana większość mieszka już na Poprzecznej i Dywitach (cmentarze olsztyńskie), tych co pamiętają jest może kilku, tych co tam mieszkają bardzo mało, a to jednak historia warta zapamiętania.






sobota, 27 grudnia 2008

Już tu?!

Ot ciekawostka, polecam do przeczytania, ile potrafimy wydać na propagowanie "nowoczesności".
Więcej tutaj:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6100829,Bialystok_ma_logo_jak_nowojorscy_homoseksualisci.html?skad=rss

piątek, 19 grudnia 2008

Skwer pały 80!

Gazeta Olsztyńska 18.12.2008 i czegóż to się z niej dowiadujemy?
Ano, że w Olsztyńskim czerwonym zamrażalniku do dzisiaj mamy skwer o pięknej nazwie Ochotniczych Rezerw Milicji Obywatelskiej, przez niemal dwadzieścia lat Olsztyn czcił pałkarzy PRLu.
Czy teraz uda się zmienić nazwę? Jeśli tak to olsztyńska czerwona brać gotowa popełnić z wielkiej żałości seppuku!
A tak na marginesie, ofiary 13 grudnia 1981 roku nie mają w Olsztynie ani ulicy, ani placu, ani skweru.

czwartek, 18 grudnia 2008

Jaka Polska?

Początkowo byłem przeciwny pomysłowi Nicponia, jednak po namyśle włączam się w jego apel do blogerów w sprawie jak winna wyglądać Polska, więc ja to widzę tak:

Powinna być bytem niepodległym to sprawa oczywista i sądzę, że większość Polaków tak myśli.

Jednak dalej mogę napotkać na sporą ilość oponentów.

Ale po kolei.

  1. pierwsza sprawa to odsunięcie od władzy, sądownictwa, szkolnictwa, wojska, policji, wszystkich jednostek typu CBA, CBŚ, i td.: aktywistów PZPR, pracowników UB, SB, milicji i to do trzeciego pokolenia!

Mogą pracować w przemyśle, firmach prywatnych, prowadzić przedsiębiorstwa – nie zginą.

  1. Zmniejszyć ilość urzędników państwowych na szczeblu centralnym i lokalnym do maksimum 50 000 zatrudnionych, to całkowicie wystarczy. Przestaną wymyślać najrozmaitsze głupoty i z nudów bawić się w pracy komputerem i wyładowywać swoje frustracje na interesantach.

  2. Odebrać prawa wyborcze wojskowym, policji, urzędnikom państwowym.

  3. Armia musi być z poboru, przynajmniej 300 000 żołnierzy, każdy zdrowy powinien potrafić strzelać i obsługiwać sprzęt wojskowy. Żyjemy w takim miejscu świata, że to jest koniecznością. Kobiety – wojsko i policja to wielkie nieporozumienie.

  4. Szkoły muszą prowadzić zajęcia z przysposobienia obronnego.

  5. Znieść kodeks ucznia, ewentualnie pozostawić jeden zapis: uczeń ma obowiązek uczyć się.

  6. Powinien być powszechny dostęp do broni palnej po uzyskaniu pełnoletności i rejestracji zakupionej broni.

  7. Przemysł strategiczny (zbrojeniówka, kopalnie, hutnictwo, energetyka, stocznie) powinien być zarządzany przez państwo.

  8. Zmniejszyć ilość posłów, myślę, że setka by wystarczyła, senat – pięćdziesięciu.

  9. Emeryci po osiągnięciu wieku emerytalnego obligatoryjnie przechodzą na emeryturę z zakazem podejmowania jakiejkolwiek pracy! Zwolnione przez nich miejsca z przyjemnością obsadzą ludzie młodzi, nie będą musieli szukać pracy poza Polską.

  10. Obecne przepisy prawne odesłać do muzeum rzeczy głupich i korupcjogennych, opracować nowe, przejrzyste oparte na dekalogu, który właściwie już jest wystarczający.

  11. Wszelkie lewicowe poglądy winny być ze szczególną bezwzględnością tępione.

  12. Bardzo silna współpraca z Niemcami i USA

  13. Powrót kary śmierci dla morderców i innych zwyrodnialców.

    To by było na tyle, myślę, że wprowadzenie takich zasad wiele by wyprostowało, uprościło i pozwoliło godnie żyć.



niedziela, 14 grudnia 2008

Korsarzem być!

Mamy XXI wiek, postęp w elektronice, sprzęcie zbrojeniowym, radar, inwigilacja świata przez satelity doprowadziła do możliwości oglądania w dowolnym skrawku ziemi przedmiotów wielkości piłki futbolowej.

Armie świata są uzbrojone po zęby, okręty wszelkiej maści od podwodnych do lotniskowców wyposażone w rakiety i samoloty pływają po wszystkich oceanach.

I w tym wszystkim mamy piratów u wybrzeży Afryki, piratów posiadających sprzęt odpowiadający w najlepszym przypadku drobnym stateczkom pasażerskim z archaicznym uzbrojeniem.

Tacy to piraci na czółnach napadają na statki, statki to nic, oni potrafią napadać na okręty wojenne!

W bezpośrednim abordażu porywają statki załadowane sprzętem wojskowym, olbrzymie tankowce załadowane ropą po brzegi.

Potem oczywiście żądają okupu i to nie w koralikach, to ma być waluta twarda, $, €.

Kwoty też nie są bagatelne, to są olbrzymie sumy sięgające 25 000 000 €, no i właściciele porwanych statków potulnie płacą, a piraci wspaniałomyślnie oddają statki z towarem i załogą.

Ciekawe co piraci robią z okupem? Wydanie takich pieniędzy w Somalii raczej nie wchodzi w rachubę. Terroryzm trzeba jakoś wspierać, są państwa którym bardzo zależy na ogólnych niepokojach.

Teraz wielcy tego świata deliberują jak się ustrzec przed tymi porwaniami i faktycznie widać ich wielkość po wydumanych propozycjach.

Pierwsza to konwojowanie statków przez okręty wojenne, druga to stworzenie korytarza dla statków zabezpieczonego przez okręty.

Pierwsza jest bardzo kosztowna, druga nie mniej, wymaga około 500 okrętów!

Dlaczego są rozpatrywane sposoby walki z nimi, nie mające nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem? Tylko Hindusi wykazali rozum zatapiając za pierwszym podejściem statek piracki.

Czyżby to chodziło o gonienie króliczka, oczywiście takie żeby broń Boże go nie złapać?

Wszak to wielki strach stanąć w poprzek zamierzeniom głównego światowego bandyty który wspiera terroryzm światowy, jednocześnie udając, że to nie on. Jednak jak ktoś popatrzy w jaką broń są wyposażeni terroryści zrozumie kto im jej dostarcza.

Zrozumiałym jest, że jeden lotniskowiec pływający w dużej odległości od Somalii jest w stanie w ciągu kilku dni rozwiązać problem z piratami na wiele lat.

A jednak nie stawia się tamy porwaniom statków, jeśli w obawie, że zginie przy takiej akcji trochę cywili, cywili którzy czerpią z tego zyski, to świadczy to bardzo źle o białej rasie i jej przywódcach.

Aborcja tak, eutanazja tak, pedalstwo też, lecz już obrona przed atakami nie!

Co by świat stracił po zatopieniu pirackich stateczków, zbombardowaniu portów i zabiciu nawet kilku tysięcy bandziorów? Przecież więcej traci istnień ludzkich przez aborcję, ataki terrorystyczne.

Widać cywilizacja białej rasy dobiega końca, właściwie nie ma co rozpaczać, tak było zawsze.

Jedne kultury upadały inne wznosiły się na wyżyny, wygrywał ten kto był bardziej bezwzględny.

Może kiedyś ktoś postawi w centrum Europy jakiś obelisk z napisem: „na tych terenach zamieszkiwali kiedyś Europejczycy, jednak dekadencja w jaką wpadli doprowadziła ich do zagłady”.

Bo jak będzie tak dalej, to na nic innego sobie nie zasłużymy.


Za Wikipedią:

Korsarz (ang. corsair, privateer) to pirat działający na zlecenie władcy w czasie wojny lub pokoju, którego wynagrodzeniem była całość lub większość łupów. Dzięki korsarzom władca mógł razić flotę przeciwnika (również anonimowo), nie wydając pieniędzy ze skarbca na marynarkę wojenną. Korsarz otrzymywał od swojego monarchy list żelazny (lub inaczej patent), który dawał mu prawo do wpływania do portów tego monarchy, co umożliwiało sprzedaż łupów i ewentualny remont jednostki. „








piątek, 12 grudnia 2008

Ludzie których spotkałem 8

Józek

Trzydziestoletni, po szkole średniej – na więcej nauki nie pozwolił mu jego występek – zabił taksówkarza dla pieniędzy, miał wtedy dwadzieścia lat.

Sąd ocenił ten czyn na dziesięć lat więzienia. Został osadzony w Barczewie, tam w miarę możliwości czytał różne dostępne książki, nie dało mu to większego wykształcenia, jednak intelektualnie mógł się rozwijać.

A rozwijał się nie tylko intelektualnie, on tam robił karierę!

Poznałem Józka jak przywozili mi na budowę osadzonych z Barczewa, była to grupa trzydziestoosobowa ludzi z wyrokami powyżej 10 lat, którym zostało do odsiedzenia pół roku.

Władze więzienne już się nie obawiały, że któryś z nich ucieknie, jednak jak się okazało myliły się.

Kogóż tam nie było, od morderców do bardziej skutecznych malwersantów, cały wachlarz przestępców. Tak, tak w PRL jak ktoś się dobrze przekradł mógł liczyć nawet na KS – czy teraz nie przydałoby się takie prawo?

Ze skazanymi oczywiście byli też i strażnicy uzbrojeni w kałasznikowy, pilnowali tego towarzystwa i nudzili się przez te osiem godzin jak przysłowiowe mopsy.

Po kilku dniach zorientowałem się, że tak naprawdę to rządził tam Józek, to jego więźniowie słuchali, on wydawał polecenia i sugerował strażnikom jak mają się zachowywać.

Nie pracował, był grupowym, to jednak nie tłumaczyło posłuszeństwa innych więźniów, potrafili nieźle odpyskować klawiszom, jemu nigdy.

Często przychodził do biura celem uzgodnień co gdzie i jak mają robić.

Zacząłem z nim rozmawiać na różne tematy, nie chętnie rozmawiał, początkowo nieufny z biegiem dni stawał się coraz bardziej rozmowny.

Po miesiącu można powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi. Przynosił mi więzienne jedzenie do spróbowania, ja kupowałem jemu i jego towarzyszom niedoli herbatę, szczególnie gustowali w „Madrasie”.

Pili taką herbatę w takim stężeniu, że działała jak narkotyk, pomagało to im zabić więzienną pustkę.

Tym to sposobem dowiedziałem się dlaczego Józek rządzi w tym środowisku.

Okazało się, że był głównym grypserem, jak do tego doszedł nie mam pojęcia, nie był atletą,

wydawało mi się, że niczym szczególnym się nie wyróżniał, jakim sposobem zaszedł tak wysoko w więziennej hierarchii?

Wszyscy grypsujący byli pokryci tatuażami, niektórzy na ramionach mieli wytatuowane dystynkcje wojskowe, często do Józka przychodził taki w stopniu majora po wytyczne które przekazywał dalej.

Józek nie miał ani jednego tatuażu, zapytałem dlaczego?

Usłyszałem, że on nie myśli robić z siebie wariata, jak odsiedzi całe swoje dziesięć lat, to chce żyć normalnie, w normalnym środowisku, będzie chciał wyjść na plażę, wyglądać jak wszyscy normalni ludzie i żyć uczciwie jak większość ludzi. Ciekawe czy to mu się udało?

Tak myślał od samego początku odsiadki i to go uchroniło od przyozdobienia swojego ciała mnóstwem kropeczek ułożonych w jakieś wzory.

Jak miał olbrzymią władzę przekonałem się gdy jeden ze skazanych zdecydował się na ucieczkę.

Do biura wpadli strażnicy z Józkiem, poinformowali mnie, że nie zawiadomili władz więziennych o ucieczce bo wtedy oni zostaliby ukarani, również ukarano by skazanych odebraniem możliwości pracy poza murami więzienia.

Proszą więc o udostępnienie samochodu, nie im, Józkowi, on z kilku innymi więźniami pojedzie i sprowadzi z powrotem uciekiniera, wiedzą gdzie mógł uciec.

Odszedłem z jednym ze strażników i spytałem czy zdaje sobie sprawę co się stanie jeśli Józek ucieknie razem z koleżkami i samochodem?

Wiedział, jednak uważał, że to dla nich jedyny ratunek, był pewny też lojalności Józka.

Tak to czterech więźniów z kierowcą, samochodem budowy (osinobus) pojechali sami bez dozoru łapać uciekiniera.

Po kilku godzinach pełnych napięcia, autobusik wrócił z więźniami w komplecie,
uciekinierowi sami więźniowie, już w samochodzie wymierzyli karę.

Zbity był niemiłosiernie, całe wnętrze osinobusu było poplamione krwią.

W tym dniu odjechali z budowy do Barczewa nieco później niż zwykle, wpierw musieli doprowadzić do porządku osinobus.


środa, 10 grudnia 2008

Nowy taryfikator mandatów

Mamy nowe przepisy odnośnie karania za wykroczenia drogowe.
Czy to coś zmieni na lepsze na naszych drogach - śmiem wątpić.
Dla zainteresowanych:

http://www.motofakty.pl/artykul/nowy_taryfikator_mandatow.html

wtorek, 9 grudnia 2008

Schizofrenia

Grecy mają drobną wojenkę domową i to o co!

Policjant zabił piętnastolatka anarchistę który w grupie sobie podobnych próbował zaatakować policjantów.

Sprawa niedopuszczalna, policjanci ośmielili się bronić, fakt, mógł być lepszym strzelcem, postrzelić małolata w nogi. Niestety stało się inaczej, stało się najgorsze, nieodwracalne.

Teraz młodzi Grecy w miastach używając kamieni i butelek z benzyną palą prywatne samochody, wybijają okna, podpalają sklepy i walczą z policjantami już od kilku dni.

Czy tak jest tylko w Grecji, nie. Takie rozróby są znane na świecie, nie ominęły i nas.

Całe szczęście u nas trwało to krótko, nie aż tak agresywnie, skala zajść też była znacznie mniejsza.

Może nie byłoby to aż tak dziwne gdyby nie zupełnie inne podejście młodzieży i dorosłych do zabicia ich koleżanki czy kolegi, ludzi przyzwoitych, rokujących jakieś nadzieje na przyszłość, przez jakiegoś bandziora.

W tym drugim wypadku są urządzane Boże się pożal jakieś dziadowskie marsze.

Dlaczego ci co mają pilnować porządku są atakowani, a element przestępczy jest błagany na kolanach przez młodych debili o łaskę?

Czy nie byłoby znacznie skuteczniej roznieść w pył środowiska bandyckie, zamiast palić samochody i wybijać sklepikarzom witryny sklepowe, czy siać popłoch wśród normalnych przechodni? Ale nie, oni wolą atakować niewinnych i tych co ich chronią przed przestępczością.

Kto tym młodym ludziom robi wodę z mózgu organizując takie spektakle?

Ale bandziory muszą mieć ubaw!

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Świadkowie przeszłości

Trochę starych dokumentów, dokumentów codziennych, jednym dla przypomnienia ich młodości, innym do zapoznania się z przeszłością.

To nakaz pracy, wymigać się nie było jak, no chyba, że do wojska lub na studia.


Sto złotych z 1948 roku.


A kto wie co to jest?



To ciekawostki stanu wojennego, ulotka i chyba dziecięcą ręką pisane życzenia - znalazłem te życzenia pod Olsztynem na ścieżce. Wziąłem i nie żałuję.


Doszliśmy do pieniędzy po stanie wojennym

A teraz sam smaczek - dokument upoważniający do otrzymania kartek żywnościowych


Kartki żywnościowe dla dziecka i dorosłego

Kartki na benzynę, inne na motocykl inne na samochód osobowy.

Taki nawyk chomikowania starych dokumentów zmusza co jakiś czas do zrobienia remanentu,
jeszcze muszę się wziąć za stare gazety, brak mi jednak odwagi tego jest taka ilość!







niedziela, 7 grudnia 2008

Był zbyt dobry?!

Prokurator Cezary Kamiński został powołany na stanowisko prokuratora okręgowego w Olsztynie w lipcu 2006 roku, uprzednio był przez wiele lat prokuratorem rejonowym w Szczytnie.

Tam też zasłynął rozwalając kolesiowski układ w Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska wspierany przez pracowników Urzędu Wojewódzkiego - słynna sprawa magazynowania odpadów medycznych w Narajtach.

Potrafił skierować do sądu akt oskarżenia przeciw szefowi WIOŚ, oraz zawiesić go w czynnościach służbowych pomimo sprzeciwu ówczesnego wojewody.

Będąc już prokuratorem okręgowym zaangażował się w sprawę porwania syna państwa Olewników, przeciw prokuratorowi jaki uprzednio prowadził tą sprawę wszczął postępowanie służbowe.

Postępowanie przeciwko prezydentowi Olsztyna Czesławowi Małkowskiemu również nastąpiło dzięki prokuratorowi Cezaremu Kamińskiemu.

W ubiegłym roku wszczęto też postępowanie przeciwko Bożenie M. Dyrektorce Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego za łapownictwo – obecnie trwa proces w olsztyńskim sądzie rejonowym.

Trwa też kilkakrotnie umarzany proces w sprawie sprzedaży dwóch jezior, przeciwko Zygmuntowi K. byłemu szefowi Agencji Nieruchomości Rolnych.

To tylko najgłośniejsze sprawy.

Widocznie jednak PO nie jest potrzebny taki prokurator – został odwołany z zajmowanego stanowiska na korzyść swojego poprzednika.

Ale w dobie powszechnej miłości? Jak może być prokuratorem okręgowym ktoś kto powiedział:

„prokurator który nie ma wrogów, to d..., a nie prokurator”.

Mamy się przecież miłować pod rządami słoneczka Peru.


sobota, 6 grudnia 2008

Wizyta w Japonii (dla tych co znają japoński)

Prezydent Lech Kaczyński w mediach japońskich:

http://headlines.yahoo.co.jp/hl?a=20081203-00000037-kyt-l26

http://headlines.yahoo.co.jp/hl?a=20081204-00000040-jijp-pol.view-000

http://headlines.yahoo.co.jp/hl?a=20081205-00000003-jij-pol

czwartek, 4 grudnia 2008

Ale kultura!

"Mikołaj leży więc martwy w kałuży krwi. A na jego zwłokach siedzi dziewczynka z nożem w dłoni. "Mikołaj nie żyje! W tym roku prezenty rozdaje sklep Chrom" - czytamy na plakacie. Jest tam także informacja, że do każdego grudniowego zakupu sklep dodaje "zajebiste prezenty"."

Tak na plakacie reklamowym w Cieszynie.

Więcej - http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,6022726,Ostra_reklama__Dziecko_zabilo_Sw__Mikolaja.html?skad=rss

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Sztuka umierania

W związku z ostatnim pomysłem PO pod tytułem: „testament życia”, co ma polegać na spisaniu za życia wyrażenia zgody na odłączenie od aparatury podtrzymującej życie, przypomniała mnie się historia związana z odejściem znajomego mi małżeństwa, moich przyjaciół.

Byli to ludzie wysportowani, kochający życie, myślistwo, sporty wodne, żyli pełnią życia, mieli jednak jeden mankament – palili papierosy w ilościach przekraczających wszelkie normy (jeśli takie są!).

Pierwsze skutki odczuł kolega w latach osiemdziesiątych, lekarze wykryli raka płuc.

Więc operacja, wycięcie jednego płata płuc, kuracja lekami i walka o życie za wszelką cenę.

Nawet rezygnacja ze zwolnienia lekarskiego, chodził do pracy, udawał, że wszystko już jest dobrze.

Minęło kilka miesięcy i okazało się, że są przerzuty na mózg.

Znowu operacja, znowu leki. Dalej chodził do pracy, nie miał siły pracować, jednak koledzy z pracy też udawali, że wszystko jest tak jak było.

Mógł markować pracę, był wice dyrektorem miał własny gabinet, stawiał fotel blisko drzwi, siadał i wysuwał nogi w taki sposób, że jeśli ktoś wchodził to go budził i nie musiał widzieć śpiącego i cierpiącego dyrektora.

Dalej walczył o życie, jednak rak nie dał zapomnieć o sobie, następne przerzuty, następna operacja, leki.

Śmierć jednak nie wzięła pod uwagę ani jego apetytu na życie, ani woli walki, ani starań lekarzy. Odszedł po kilkunastu miesiącach od pierwszego rozpoznania choroby, był to czas ciągłego strachu i bólu.

Minęło blisko dwadzieścia lat.

Tym razem zapadł wyrok na jego małżonkę, rozpoznanie takie samo – rak płuc.

I tym razem operacja, wycięcie płata płuc a dalej reakcja chorej już zupełnie inna.

Odmówiła przyjmowania chemii, nie skończyła z paleniem papierosów przypalała jednego od drugiego, nie rezygnowała z drobnych przyjemności które podobno miały jej szkodzić.

Pogodnie podchodziła do tego co miało nastąpić, była pełna humoru i potrafiła cieszyć się z ostatnich dni.

Na kilka tygodni przed śmiercią obchodziła imieniny, zadzwoniłem z życzeniami i wtedy pierwszy raz postawiła mnie w sytuacji z której nie potrafiłem wyjść, spytała ze śmiechem czego konkretnie jej życzę, no powiedz Wiesiek czego mi życzysz?!

Jej czas od diagnozy do śmierci też trwał kilkanaście miesięcy, jednak zaznała mniej strachu i bólu.

Więc może ten pomysł PO to dobry pomysł?


czwartek, 27 listopada 2008

Sympatie i anty

Trafiłem na Gazetę Olsztyńską sprzed dziesięciu lat wydaną 18 listopada 1998 roku, a tam na wyniki sondażu "sympatie i antypatie Polaków" . Sondaż przeprowadził CBOS.


Ciekawe jak dzisiaj wyglądałyby sympatie Polaków?

niedziela, 23 listopada 2008

Bolszewicy, naziści

Jak to jest, że jeśli się mówi o głodzie na Ukrainie, to słyszymy zewsząd, to zrobili bolszewicy, sowieci, komuniści.

O Katyniu Miednoje, Ostaszkowie i wielu innym miejscach kaźni też usłyszymy, przeczytamy, to robota komunistów, sowietów, bolszewików.

Trochę latek wstecz i mamy rzeź Pragi i któż to tego dokonał? Ano wojska carskie, pytanie cara jakiego państwa.

Na temat Oświęcimia, a w nim komór gazowych, dowiemy się, że to mordercy z SS, naziści, faszyści, tylko od czasu do czasu można usłyszeć, że to byli naziści niemieccy.

Mord na Ormianach, tu jest sprawa postawiona jasno – dokonali jej Turcy

A obozy zagłady w Polsce? To wiadomo na całym świecie, że to były obozy polskie!

Teraz pytanie skąd takie niedomówienia i przekręcenia prawdy?

Kto to ci bolszewicy, sowieci? Czyżby to byli Marsjanie? To nie rosyjski palec naciskał spust rewolweru w Katyniu? Czy ci sowieci nie zamieszkiwali przypadkiem Rosji i nie wywodzili się z jej obywateli?

To nie bolszewicy, tylko Rosjanie odbierali Ukraińcom jedzenie i ziarno na zasiewy, rozkaz, ale jak sumiennie to robili, nie mogli przymknąć oka choć na część ziarna, nie bo robili to z całym zaangażowaniem, rosyjska dusza nie mogła znieść, że inni mają co do garnka włożyć.

Mieszkańców Pragi rżnęli Rosjanie, nie obywatele Kuby czy innego państwa na antypodach i nie ma nic do rzeczy, że to były wojska carskie.

Wybudowali i prowadzili obozy zagłady Niemcy i nie ma najmniejszego znaczenia czy byli nazistami czy nie.

Mówimy, że mordy na Polakach były dziełem Ukraińców i dobrze, zacznijmy mówić, że to mordowało UPA.

Żeby byli bolszewicy, naziści, to ziarno musi paść na odpowiedni grunt, inaczej nie wykiełkuje,
w Rosji i Niemczech był właśnie taki grunt, mieszkańcom tych ziem to odpowiadało.

Tymczasem chyba poprawność polityczna nakazuje schować prawdziwego sprawcę za bełkotliwe słowa, słowa nie wskazujące sprawcy, jedynie coś bezosobowego.

Rozumiem, że tak było w PRL, ale teraz?! Oczywiście wiem, że mało odbiegliśmy od PRL, dalej rządzą w Polsce władcy PRL i ich naśladowcy, ale może przynajmniej ludzie prawicy zrzucą z siebie ten bagaż zakłamania.

Może warto się zastanowić komu i dlaczego zależy na kłamstwach typu polskie obozy zagłady i dlaczego Ukraińców nie ukrywa się za parawanem .

Zacznijmy nazywać rzeczy po imieniu.





poniedziałek, 17 listopada 2008

Ludzie których spotkałem 7

Wacek


To będzie jednak nie o Wacku, a o jego brygadzie budowlanej, o czterech podobnie zachowujących się ludziach, on jedynie organizował im robotę i wspólnie z nimi pracował.

Pracowali u mnie na budowie, mieszkali w barakowozie, jedli w stołówce.

Wykonywali najcięższe prace, wykopy, betonowanie, murarkę, prace najprostsze, innych nie potrafili. Wynagrodzenie mieli obliczane w systemie akordowym, ile zrobili, tyle zarobili.

Powiedziałem pracowali? Nie to nie była praca, to była harówa prawie ponad ludzkie możliwości.

Wstawali skoro świt i brali się za robotę z małą przerwą na posiłek i tak do zachodu słońca.

Bez żadnych oszukańczych sztuczek, ot wielogodzinna równomierna i bardzo wydajna praca.

Wykonywali robotę za 2 – 3 takie brygady miesięcznie pomimo, że nie przepracowywali całego miesiąca.

Właśnie, oni pracowali w ciągu miesiąca zaledwie trzy tygodnie, jeden tydzień przeznaczali na „rozrywkę”, tak nazywali to co robili przez ten tydzień.

Dla tej to „rozrywki” tak harowali, a na to potrzebowali pieniędzy, nie na utrzymanie rodziny (może jakieś i mieli, kto to wie?), spełnienie jakichś marzeń, nie oni mieli tylko jeden cel.

Wypłaty mieli bardzo duże, najczęściej dwukrotne pobory kierownika budowy, a dzień wypłaty był ich ostatnim dniem w pracy – do następnego miesiąca.

Brali pieniądze, z miejsca część dawali majstrowi na ich przyszłe wyżywienie , papierosy. Majster wpłacał do stołówki na obiady, w następnym miesiącu kupował im żywność na śniadania, kolacje, zaopatrywał w papierosy.

Brygadzista Wacek jechał do domu, do rodziny, taki przymusowy tygodniowy urlop, natomiast oni zgodnie w czwórkę jechali do sklepów, kupowali sobie ubrania, garnitury, kurtki skórzane, zegarki i tak odstawieni jechali w Polskę, dosłownie, zwiedzili wszystkie większe miasta.

Jaka to była metamorfoza! Trzeba było ich widzieć wykąpanych, po fryzjerze, wypachnionych w nowiutkich ubraniach w czyściutkiej koszuli pod krawatem!

Przez tydzień, pijąc początkowo w lepszych restauracjach wtaczali się w pijanym widzie do coraz gorszym mordowni, wreszcie starczało już tylko na denaturat.

Sprzedawali kurtki, ubrania, zegarki, jak już nic nie mieli wracali do barakowozu, głodni, w jakichś łachach ze śmietników, sponiewierani w sposób trudny do opisania.

No i od początku, betonowanie skoro świt, do nocy, pędem, żeby było za trzy tygodnie na następną „rozrywkę”.

Całe szczęście, że mieli dobrego majstra, który przez te trzy tygodnie dbał żeby mieli co jeść i palić.

I pomyśleć jak niektórym nie wiele trzeba by byli szczęśliwi, przez czas pracy opowiadali sobie różne historyjki jakie ich spotkały podczas „rozrywki”, tak do następnej wypłaty, a po niej nowe przygody.

Dyrektor przedsiębiorstwa widząc na listach obecności tak wielką absencję zabiegał jak mógł żebym ich wreszcie zwolnił z pracy, ja natomiast walczyłem o nich jak lew, wykonywali kawał dobrej roboty przez co ja mogłem być spokojny o wykonanie planu robót.

Bez mojego wniosku o zwolnienie urzędasy z biura nic nie mogli zrobić, brygada miała „rozrywkę”, ja wykonany plan.

A przecież wtedy najważniejszy był plan i jego wykonanie (najlepiej przed terminem) – nieprawdaż?!



Prezydent odwołany.

Stało się, prezydent Olsztyna w niedzielnym referendum został odwołany z funkcji.
Ciekawe, że aresztanci z olsztyńskiego kryminału głosowali za pozostawieniem prezydenta na stanowisku i to aż 70% - przypomina to głosowanie sprzed roku, na PO również był podobny wynik.
Co też to łączy partię PO z prezydentem, byłym cenzorem w KW PZPR?

Więcej: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,5954291,Czeslaw_Malkowski_wygral_na_swoim_osiedlu_i_w_areszcie.html?skad=rss



sobota, 15 listopada 2008

Ludzie których spotkałem 6

Andrzej


Spokojny, raczej nieśmiały, skończył zaledwie szkołę zawodową, a jednak można Andrzeja znaleźć w archiwach teraz i pewnie jeszcze bardzo długo będzie tam jego imię i nazwisko.

W wieku dwudziestu – dwudziestu kilku lat był powiatowym sekretarzem ZMP.

W początku lat sześćdziesiątych został szeregowym członkiem PZPR w komórce partyjnej pewnego przedsiębiorstwa, gdzie jednocześnie pracował jako zwykły robotnik.

Niczym się nie wyróżniał, owszem na zebrania chadzał ale starał się być normalnym człowiekiem.

Ten kto zna tamte czasy i członków tej organizacji wie, że niektórym się wydawało, że posiedli wszelką mądrość, a i to co mówili i jak starali się przypodobać władzy nie wystawiało im dobrego świadectwa.

Tu było inaczej, koleżeński, uczciwie pracował, nie opowiadał głupot o wyższości ZSRR nad resztą świata, wiedział kto odpowiada za Katyń i w pełni zdawał sobie sprawę w jakiej sytuacji znajduje się Polska po 1944 roku.

Rozbrajająca była jego nieśmiałość w stosunku do kobiet. Bardzo mu się podobała jedna z naszych wspólnych znajomych.

Jakoś odważył się zaprosić ją do kina i na jakieś spacery, ponad to ani, ani.

Czas biegł, miesiąc, rok, sytuacja damsko - męska nie ulegała zmianie.

Spytałem Andrzeja jak tam z rozwojem sytuacji zażartowałem, że może ma w planach zawarcie związku małżeńskiego?

Tu mnie całkowicie zaskoczył! Stwierdził jak na spowiedzi, że bardzo by tego chciał, bardzo ją kocha, ale nie ma odwagi na zaproponowanie jej małżeństwa.

Następnie zaczął mnie pytać jak to zrobić, ja byłem żonaty i miałem dziecko, więc pewnie z tego powodu uznał, że będę w stanie udzielić takiej porady.

Coś tam zacząłem mówić, wtedy Andrzej stwierdził, że będzie najlepiej jeśli to ja w jego imieniu złoże jego wybrance taką propozycję.

Wzbraniałem się jak mogłem, nie byłem przecież swatką, Andrzej uczepił się jednak tego pomysłu

i wiercił mi dziurę w brzuchu, żebym koniecznie to załatwił.

Ostatecznie zgodziłem się pod warunkiem, że zrobię to przez telefon, poszło nad podziw łatwo.

Wybranka wprawdzie była zdziwiona, że to ja się oświadczam nie Andrzej, ale po usłyszeniu wyjaśnienia, że Andrzej się boi, jeszcze chętniej wyraziła zgodę na małżeństwo.

I tak to z przypadku zostałem swatką! Zaznaczam skuteczną! Na weselu to oczywiste, też byłem.

Pobrali się, z mieszkaniami były kłopoty, podjęli decyzję, że wybudują sobie dom.

Dom budowali długie lata sposobem gospodarczym, po pracy zalewali w dwójkę fundamenty, kładli cegły, stolarkę również zrobił sam. Na zakup materiałów budowlanych wzięli pożyczkę z banku.

Przez ten czas urodziły im się dzieci, zaczęły chodzić do szkoły, wreszcie zamieszkali w części nowego domu. Potem wybudował przy domu malutki warsztacik w którym popołudniami sam pracował.

I przyszła końcówka lat siedemdziesiątych, „Solidarność”, podpisanie porozumień, stan wojenny.

W tym okresie partia przypomniała sobie o Andrzeju, został członkiem Komitetu Centralnego!

PZPR potrzebowała robotników w takim organie celem większego uwiarygodnienia tego podobno robotniczego ustroju.

Siwakiem to on nie był, chyba słabo nadawał się do reprezentowania stanu robotniczego.

Potem w dalszym ciągu sam pracował w małym warsztaciku, mieszkał w tym samym domku który wreszcie skończył, przed domkiem stał podstarzały Trabant, jeśli się nie wiedziało, to nikt się nie domyślił kim był kiedyś.

Partia nie stanęła na wysokości zadania i nie nagrodziła sowicie swojego byłego reprezentanta, po roku 1989 zapomniała o nim, okazało się, że był tylko zwykłym narzędziem w rękach ludzi przebiegłych.

środa, 12 listopada 2008

Ludzie których spotkałem 5

Antoni


Prawie połowę swojego życia spędził w kryminale, uzbierało się tego całe dwadzieścia pięć lat.

Wszystkie wyroki zaliczył za bójki z milicjantami gdy był „po spożyciu”, jeden za podpalenie.

Był Warmiakiem, mieszkał w pod olsztyńskiej wsi. Rodzice dawno zmarli, jedyna siostra wyjechała na stałe do RFN . Antoni pozostał, ożenił się, miał córkę, jednak ciągłe pijaństwa, bójki z milicjantami i odsiadki spowodowały, że doszło do rozwodu, była żona z córką również wyjechała do RFN. Tak więc pozostał sam, nie utrzymywał kontaktu z rodziną w Niemczech. Od odsiadki do odsiadki i przyszedł rok 1988, miał już 56 lat, z tego 25 lat w więzieniu.

Wyszedł na wolność już na zawsze, dostał malutkie mieszkanko w rodzinnej wiosce, lecz nie cieszył się z tej wolności zbyt długo.

Pracował dorywczo u miejscowych rolników, dostawał pieniądze, czasami jedzenie.

Jednak nie nadawał się już do życia w normalnym środowisku, wszystko go przerastało, nie potrafił gospodarować pieniędzmi, poruszać się w świecie który przez lata odsiadki zmienił się dla niego całkowicie.

Przyjął go do pracy w zakładzie rzemieślniczym człowiek który Antoniego zarejestrował, ubezpieczył i uczciwie wynagradzał. Nie miał ciężkiej pracy, dbał o ogród, sprzątał.

Jak zawsze znalazł się jednak typ który postanowił zarabiać na Antonim, wykorzystując pociąg Antoniego do taniego wina, odciągał go od pracy stawiając mu wino, za jego własne pieniądze!

Antoni nie zdawał sobie sprawy jaka jest wartość pieniądza, ile czego może sobie kupić za zarobione pieniądze, wolał je oddać temu typkowi aniżeli samemu pojechać do sklepu i zrobić zakupy. W mieście, w sklepie czuł się niepewnie, było to obce środowisko, bał się.

Jednocześnie wierzył tej mendzie całkowicie. Efekty tej wiary były opłakane.

Po kilku dniach od wypłaty słyszał, że pieniędzy już nie ma, więc nie ma za co kupić jedzenia.

Coraz częściej głodował, w więzieniu przynajmniej miał pełen żołądek. Za podszeptem typka zwolnił się z pracy, był przekonany, że gdzie indziej zarobi więcej, lecz nikt nie chciał go zatrudnić.

Typek myślał, że Antoni wymusi na rzemieślniku większą wypłatę – rzemieślnik przecież taki frajer płaci ZUS, to pewnie da się nabrać na większą wypłatę. Stało się inaczej. Rzemieślnik orientował się w tym kto czerpie zyski z pracy Antoniego i ani myślał wspomagać finansowo cwaniaka.

Tym to sposobem Antoni pozostał sam ze swoimi problemami i coraz częściej będąc głodnym zaczął przemyśliwać o jakimś rozwiązaniu sprawy.

Do więzienia już nie miał zamiaru wracać, doszedł do wniosku, że przyroda jest znacznie przyjemniejsza od celi. Było lato, zbierał grzyby, czasami od kogoś dostał coś do zjedzenia. Przyszedł jednak czas, że grzyby się skończyły, głód doskwierał coraz bardziej, jeszcze sąsiedzi zaczęli się starać o odebranie Antoniemu mieszkanka (mają dużo małych dzieci) i Antoni podjął decyzję, decyzją kończącą ciągłą udrękę. Po dwóch latach wolności powiesił się we własnym mieszkaniu.

I tak to na oczach całej wioski, człowiek dla otoczenia bezkonfliktowy, lecz nie potrafiący sobie radzić skończył ze sobą. On częstokroć bezinteresownie pomagał sąsiadom, jemu nikt nie pomógł, mieszkanie po nim dostali sąsiedzi.





niedziela, 9 listopada 2008

Ludzie których spotkałem 4

Kazik.


Był człowiekiem inteligentnym, delikatnym, wrażliwym. Nie zagwarantowało mu to ani miłości, ani szczęścia, trafił na kobietę która nie miała w głowie męża, dzieci, domu.

Pani Kazika gustowała jedynie w trunkach, zabawie i ciągłych zdradach. Co kilka miesięcy zakochiwała się w coraz to innym facecie, sprowadzała go do domu, wyrzucając na ten czas z domu męża, a jego garderobę z okna na pierwszym piętrze.

Kazik w tym czasie jeśli pogoda dopisywała spał w krzakach w pobliżu domu, zimą na dworcu lub w piwnicy.

Bywało, że żonusia przenosiła się do kochasia i to było dla Kazika najgorsze. Jeśli w tym samym mieście, to jeszcze pół biedy, mógł krążyć w pobliżu ukochanej.

Często jednak „zakochani” wyjeżdżali nawet na drugi koniec Polski. Jechał za nimi, zarywał pracę, spał na dworcach, pieniądze się kończyły, głodny i brudny wracał dopiero wtedy jak żonie przeszły amory, całe szczęście trwało to najwyżej kilka tygodni.

Podczas ich „wojaży” dwójką małych dzieci zajmowała się siostra i matka żony Kazika,

czy dzieci były jago? To pytanie bez odpowiedzi, nikt wtedy nawet nie słyszał o badaniach genetycznych.

Znowu w domu i znowu nerwowe oczekiwanie na następne wybryki małżonki.

Ciągła zmiana pracy – nikt nie tolerował raptownych abstynencji w firmie, drwiny kolegów, znajomych

Nie zasługiwał na takie traktowanie, był przykładnym małżonkiem, pracował, większość robót domowych leżała na jego barkach, sprzątał, gotował, prał, zajmował się dziećmi. Małżonka nie pracowała, domem też nie raczyła się zajmować, ulubionym jej zajęciem domowym było wylegiwanie się na kanapie.

Ale Kazik trwał, trwał całymi latami znosząc bez słowa skargi ciągłe upokorzenia.

poniedziałek, 3 listopada 2008

Ludzie których spotkałem 3

Pan Jan

Był to człowiek przed emeryturą, pracował jako kowal w firmie budowlanej.

Jak to w tych zawodach bywa od kieliszka nie stronił. Szczycił się tym, że naukę zawodu pobierał u bardzo dobrych kowali, często powtarzał, że za jego naukę ojciec zapłacił pięćdziesiąt rubli w złocie. Fakt, był bardzo dobrym kowalem, metal w jego rękach był całkiem posłusznym tworzywem, potrafił wykuć wszystko, od podkowy do różnych liści czy kwiatów.

Jednak jak wspomniałem lubił czasem trochę łyknąć i to najczęściej w pracy.

Gdy wracał do domu lekko podcięty przychodziły mu do głowy najgłupsze pomysły.

Były to wczesne lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, wtedy po ulicach podwórkach, chodzili ludzie ostrzący gospodyniom domowym, noże, nożyczki i tp.

Chodził taki i po Biskupcu, na plecach niósł szlifierkę przypominającą maszynę do szycia, stawiał to urządzenie na ziemi, krzyczał: „noże ostrzę, noże, nożyczki”, pedałował jak w maszynie do szycia, kamień się obracał, ostrzył, inkasował zapłatę i wędrował dalej.

Nie zawsze ta sztuka mu się udawała, czasem po tym ostrzeniu nóż był tępy jak kawał kołka.

Miał to w głowie Pan Jan, on mistrz co się zowie i taki patałach.

Przechodząc przez przejazd kolejowy, w tym miejscu bardzo szeroki, zobaczył z naprzeciwka człeka z ostrzałką na plecach.

Zatrzymał go na środku przejazdu i zaczął szukać po kieszeniach, urządzenie to było ciężkie więc ostrzący zdjął je z pleców, postawił i czekał aż Pan Jan znajdzie narzędzie do naostrzenia.

Poszukiwania trwały, przy pomrukach zaraz, zaraz, po dłuższej chwili wyciągnął z kieszeni scyzoryk i stwierdził: „to jest bardzo ostry dobrze naostrzony scyzoryk, a ja chcę żeby Pan go stępił”! Nie będę opisywać co dalej się działo i jaka litania obelg spotkała pana Jana.

Innym razem spotkał kilkuletniego syna sąsiadów, zbliżali się już do domów, wtedy Pan Jan spytał chłopaka – czy potrafisz rzucać kamieniami? Dzieciak stwierdził, że tak.

Pan Jan wyraził zwątpienie w te umiejętności stwierdził, może i jakoś rzucasz, ale na pewno w nic nie możesz trafić. Chłopczyk się zaperzył, jak to, on bardzo dobrze rzuca i trafia we wszystko co tylko zechce. Pan Jan dalej głośno wątpił w takie zdolności małolata.

Tymczasem domek sąsiada zbliżał się nieuchronnie i wtedy chłopak usłyszał: ale w to okno nie trafisz. Trafił! Posypały się szyby, było to okno sąsiada, ojca chłopca.

Takich pomysłów Pan Jan miał pełną głowę, innych już nie pamiętam, szkoda.

W pracy też miał pomysły.

W tamtym okresie mieszkałem nad biurem, do mieszkania wchodziło się długim ciemnym korytarzem, drzwi na korytarz otwierało się tak, że część korytarza była zasłonięta drzwiami.

I w tym to zakątku lubił wylegiwać się mój owczarek niemiecki, jak ktoś wchodził zasłaniał go drzwiami, zamykał drzwi i stawał oko w oko z tym przyjemniaczkiem bez możliwości wycofania się. Zwierzę to było wyjątkowo wredne w stosunku do ludzi, wszyscy to wiedzieli i pukali dotąd aż ktoś ich wpuścił, fałszywe psisko przez ten czas siedziało cicho czekając na okazję.

Dla Pana Jana nie było to tajemnicą. Po jednym głębszym zaczął mnie poszukiwać, w biurze nie zastał (byłem na budowie), poszedł do mieszkania spytać żonę gdzie jestem.

Zastukał, nikt nie odpowiedział, otworzył drzwi, wszedł, zamknął za sobą drzwi i spotkał się z psimi kłami, pies złapał za to co akurat miał naprzeciwko pyska.

Dobrze, że żona usłyszała szamotaninę i wyratowała z psiego pyska Pana Jana.

Dowiedział się, że mnie w domu nie ma i zszedł do biura, do księgowości gdzie siedziały cztery panie. Zaczął im opowiadać jakiego wrednego mam psa, który złapał go za klejnoty rodzinne i chciał je odgryźć. Panie zwątpiły w opowieść, na co Pan Jan spuścił spodnie pokazując w całej okazałości nadwyrężone klejnoty.

Mimo jego psot był bardzo lubiany, więcej takiego oryginała nie spotkałem.

Arras, specjalista od klejnotów.

niedziela, 2 listopada 2008

Ludzie których spotkałem 2

Tadzik.

Zachowaniem wskazywał na całkowitą uległość wobec innych i chęć spełnienie ich wszystkich żądań. Starał się nikomu nie wchodzić w drogę, chodził drobnymi szybkimi kroczkami lekko pochylony. Takie zachowanie okazywało się pomocne w jego pracy – był zaopatrzeniowcem.

Jednak nie było takie ze względu na osiągnięcie dobrych wyników w zaopatrzeniu, miało zupełnie inne źródło.

Tym źródłem był obóz w Oświęcimiu, a początkiem był 14 czerwiec 1940 roku.

Mając zaledwie czternaście lat, Tadzik pierwszym transportem trafił do obozu, otrzymał nr czterysta ileś, niestety nie pamiętam dokładnie końcówki, miał ten numer wytatuowany na ramieniu.

Przeżył obóz od pierwszego do ostatniego dnia, miał wiele szczęścia potrafił grać na mandolinie i to uratowało mu życie. Przez wszystkie dni obozowej gehenny grał w obozowej orkiestrze.

Doczekał wyzwolenia, skończył szkołę ożenił się miał dzieci, minęło dwadzieścia lat, a Tadzik w dalszym ciągu był więźniem Auschwitz.

Pewnie to tłumaczy przypadek jaki miał miejsce z jego udziałem.

Jak wiadomo w latach sześćdziesiątych na rynku brakowało wielu towarów, między innymi oleju z oliwek, był to rarytas bardzo trudno osiągalny.

Jakimś sposobem babki w firmie zdobyły litr takiego płynu, więc solidarnie zaczęły dzielić olej szklanką na cztery części.

Na to wszystko wszedł do pokoju Tadzik, spojrzał, w szklance złocił się płyn przypominający wyglądem cytrynówkę, abstynentem nie był, alkoholikiem również.

Ale macie dobrze, pijecie, też bym trochę łyknął. Jedna z pań stwierdziła: jak wypijesz całą szklankę to proszę.

Tadzik złapał szklankę i jednym duszkiem wypił całą zawartość, nie sądzę żeby do końca myślał, że pije wódkę. Jednak wypił, może myślał, że musi, że jest w obozie?

Wszyscy po pracy byli już dawno w domu, jedynie Tadzik pozostał w biurze okupując toaletę.

Czy było to przedłużenie obozu? Może myślał, że to nie koleżanki biurowe, a czterech SS-manów?


sobota, 1 listopada 2008

Ludzie których spotkałem

Nic tu nie będzie o ludziach typowych, nie ważne, czy są to prostaczkowie, czy wielcy.

Przez swoje życie miałem okazję poznać wielu ludzi, robotników, członków KC, generałów, posłów, senatorów, premierów. Jednak uważam tych ludzi za zwykłych, takich których los postawił w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu, potrafili to wykorzystać i sprawdzali się lepiej lub gorzej, jednak byli normalni, jak każdy z nas.

Ja opowiem o takich co nie potrafili sobie radzić, los kazał im zmagać się z życiem ponad ludzką wytrzymałość, byli nadwrażliwi w miłości, nie potrafili wykorzystać (nie chcieli) miejsca w którym się znaleźli, ich postępowanie było nietypowe.

Jeśli zmarli to już prawie nikt o nich nie pamięta, jak jeszcze żyją mało kto zna ich życie.

Postaram się choć częściowo zachować o nich pamięć, bez nazwisk, a czasem pod zmienionym imieniem.

Niech w tych wspomnieniach pierwszy będzie Rysiek. W następnych odcinkach wspomnę innych.

Przyjechał do Polski jednym z ostatnich transportów repatriantów z ZSRR chyba w 1954 roku.

Studiował na Politechnice Gdańskiej budownictwo, skończył, uzyskał tytuł inżyniera budowlanego.

Był dobrym inżynierem, niestety często musiał zmieniać pracę zajmując coraz to niższe stanowiska.

Ryśka poznałem w 1962 roku, został przyjęty do naszej firmy na stanowisko majstra (uprzednio był kierownikiem budowy).

Dziwiło mnie jego zachowanie, wyglądał na ciągle wystraszonego, po kilku dniach okazało się, że był nałogowym alkoholikiem.

Jak był trzeźwy był doskonałym pracownikiem, kolegą, sęk w tym, że trafiało się to coraz rzadziej.

Dyrekcja postanowiła go zwolnić, jednak uległa prośbom pracowników i został wysłany przymusowo na trzymiesięczny odwyk.

Po powrocie przez jakieś trzy tygodnie dał się poznać jako świetny fachowiec, dyrektor był zachwycony, sielanka jednak trwała krótko. Któryś z jego znajomych namówił go do wypicia jednego kieliszka wódki, przecież to nie może zaszkodzić, był to jednak kieliszek przywracający poprzedni stan.

Znowu pił, znowu groźba zwolnienia. Namówiliśmy dyrektora do ponownego wysłania Ryśka na odwyk.

Historia powtórzyła się co do jednego szczegółu, za wyjątkiem, że tym razem został zwolniony z pracy.

Nie podjął już nigdzie pracy, chodził z coraz to bardziej szemranym towarzystwem ciągle pijany. Stracił mieszkanie, znajomych, błąkał się po dworcu kolejowym.

Nie przypominał dawnego Ryśka, wyglądał na człowieka pięćdziesiąt letniego, a miał zaledwie trzydzieści lat.

Staczał się coraz niżej, żebrał, spał po krzakach, pił już jedynie denaturat na nic innego nie mógł sobie pozwolić.

Dlaczego nie spotykał takich sprzedawców którzy by mu odmówili? Pewnie by nie pomogło, jednak kto wie?

Znajomy rzeźbiarz potrzebował denaturatu do jakichś prac, wyskoczył do najbliższego sklepu jak stał, w poplamionym ubraniu, z bujną brodą, wskazał na połówkę i poprosił o podanie – usłyszał od ekspedientki: „jak ja ci k.... pijaczyno dam to zaraz znajdziesz się w izbie wytrzeźwień, już dzwonię po milicję. Był całkiem trzeźwy, omijał nawet wódkę, nie mógł pić. A jednak znalazła się osoba co nie sprzedała mu denaturatu.

Rysikowi brakowało takiego szczęścia.

Coraz rzadziej był spotykany, wreszcie wszelki ślad po Ryśku zaginął.

Często myślę, czy to on był winny, czy jego Boże się pożal koledzy którzy częstowali Ryśka tym jednym kieliszkiem – który miał mu nie zaszkodzić.


środa, 29 października 2008

Balon

Coraz bardziej przyśpiesza zmiana struktury społecznej. Więcej, coraz więcej jest ludzi z wyższym wykształceniem, inżynierów, magistrów, strach pomyśleć, ale doktorów i profesorów również..

Nie będą chcieli pracować jak zwykli robole, muszą mieć odpowiednią pracę za biurkiem, biały kołnierzyk, garniturek. Skoro rodzice tak pracowali , to latorośle nie mogą mieć gorzej. A jeśli rodzice pracowali fizycznie? To tym bardziej wykształcone latorośle nie będą sobie brudzić rączek.

Trzeba dla nich stworzyć nowe miejsca pracy. Różne korporacje, związki, stowarzyszenia zatrudniają najtęższe mózgi celem wymyślenia nowego stanowiska pracy, że nie potrzebne, no to co? Córeczka, synalek po studiach musi mieć właściwą i odpowiednią pracę i płacę dla siebie.

Niby spotkałem w średnim zakładzie rzemieślniczym w Niemczech architekta który od czasu do czasu pracował razem z bracią stolarską, co prawda w rękawiczkach (i gdzie to się sprawdza, że stolarz musi wszystko sprawdzić dotykiem ręki, bo ponoć jest ślepy?), a czasem projektował meble dla tego zakładziku. Lecz czy u nas jest to do pomyślenia?

Obserwowałem pewien prywatny zakład usługowy, duży zakład. Początkowo był właściciel, dyrektor, kierownik, księgowa, oraz 11 pracowników fizycznych. Z biegiem lat zatrudnienie ulegało zmianie.

Doszedł prezes, jeszcze jeden kierownik, dwóch brygadzistów i dwie paniusie do księgowości.

Wszystko to znajomi króliczka. Stan pracowników fizycznych nie uległ zmianie.

Należało jakoś wygospodarować pieniądze na nowe etaty, zaczęto myśleć jak obciąć pobory fizycznym, trochę się udało, lecz niewiele.

Ceny usług rosły, tylko pracownicy fizyczni mimo upływu lat, mimo inflacji i wzrostu średniej krajowej mieli nieco mniej, część wyjechała za granicę, przyjęto młodych tym można było na wstępie dać mniejszy zarobek.

Zaznaczam przez ten czas nie było żadnych inwestycji, ani nikt takich nie planuje.

I to o zgrozo zakład prywatny, co musi się dziać w sektorze państwowym?

Obserwujemy przerost administracji państwowej, różne agencje, pośredników, rozczłonkowanie zawodów na różne specjalności, niedługo będzie specjalista od leczenia paznokcia na kciuku – ręki już nie ogarnie (gdzie do kata renesansowa wszechstronność, widzenie całości?) pełno ubezpieczycieli, banki, (w USA konieczność korzystania z usług prawnika).

Na tą całą zgraję pasożytów musi zapracować kurcząca się ilość pracowników fizycznych w rzemiośle, przemyśle, rolnictwie.

Postęp technologiczny zezwala na takie ograniczenia, jednak jak do tego się ma zarobek tych ludzi? A szczególnie w Polsce.

O wyrównanie wysokości zarobków do zachodnich dopominają się sędziowie, lekarze, wiele innych zawodów, a gdzie w tym wszystkim jest ten co ich utrzymuje? Zwykły głupi robol?

Kiedyś w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku trafił się kuriozalny przypadek, że 1 słownie jeden pracownik fizyczny, kowal, dźwigał na swoim grzbiecie 12 umysłowych, była to jakaś spółdzielnia.

Nawet w komunie trafiła ta spółdzielnia na ekrany TV i została wyśmiana.

Czy teraz też dążymy w tym kierunku?

Kiedy ten balon zostanie przekłuty i kto tego dokona? Ten dopiero słusznie odbierze Nobla z dziedziny ekonomii.



poniedziałek, 27 października 2008

Strzyżenie baranów 0

Kostka brukowa, polbruk, to przykład powiązań, uzależnień i tak zwanej „dobrej” gospodarki prowadzonej przez samorządy podobno dbające o pieniądze społeczne.

Od początku lat dziewięćdziesiątych w miastach i miasteczkach z wielkim zaangażowaniem władze przystąpiły do układania tych betonowych kosteczek.

Nie wiem jak sprawa wygląda na terenie całej Polski, ale w województwie Warmińsko–Mazurski
robota aż paliła się w rękach.

Wymieniano chodniki z płytek chodnikowych na kostkę brukową, nie ważne, czy chodnik był zniszczony czy nie, czy może wystarczyło przełożyć płytki.

Widziałem jak chodniki równe jak stół rozbierano, płytki na wysypisko i kładziono polbruk.

Taki sam los w wielu miejscach spotkał trylinkę.

Położono też nowe ścieżki rowerowe często szerokości kilku dobrych metrów bywało, że i do
nikąd, nikt z nich nie korzysta. Obecnie smętnie są poprzerastane trawą, przyroda pewnie sobie z nimi poradzi.

Ciekawe, że przez lata brakowało pieniędzy na remont chodników, parkingów, a tu raptem jak spod ziemi znalazły się fundusze na zakup kostki.

W gminach były ważniejsze wydatki, brak dróg dojazdowych do wielu miejscowości, remonty budynków, inwestycje, szkoły. A jednak wydano olbrzymie pieniądze na bezdurno.

Jaka siła sprawcza była tak potężna, że radni zadecydowali o takim, a nie innym wydatkowaniu pieniędzy gminnych, miejskich?!

piątek, 24 października 2008

Strzyżenie baranów 2

Jak można wpłynąć na zwiększenie odbiorców, wzrost zamówień, najlepiej przez różne powiązania.

Takie sprawy są na porządku dziennym, było ich pełno, choćby kasy fiskalne, jednak to prawie za nami, są jeszcze enklawy bez kas, tylko jak zadrzeć z lekarzami?!

Teraz inna sprawa. Liczniki energii elektrycznej.

Do tej pory dobre liczniki wisiały sobie spokojnie w zakładach, domach i skrzętnie notowały spożycie prądu przez odbiorcę. W przypadku awarii były wymieniane na nowe.

Drobne uszkodzenia były naprawiane, przy większym uszkodzeniu licznik był niszczony.

Koszty takich wymian i napraw były małe, za prąd też płaciło się mniej.

Jak w takim układzie miał się zakład produkujący takie urządzenia? Nie miał możliwości w krótkim czasie zarobić wielkich pieniędzy. Jest na to jednak sposób.

Umawiamy się z dostawcą energii elektrycznej, że ten wymieni wszystkie liczniki na nowe, a obecnie użytkowane pójdą na złom. Nie ważne czy dobre czy złe.

Miałem więc przyjemność gościć pracowników zakładu energetycznego, którzy wymienili mi dwa liczniki, jeden trójfazowy dobry na nowy firmy „Pafal Grupa Apator” , drugi jednofazowy również dobry na nowy firmy „IM-TRONIK”.

Spytałem dlaczego to robią i usłyszałem: wymieniają wszystkie liczniki, wszystkim bo takie dostali polecenie.

Więc właśnie widać, że wymienione firmy mają dobre układy i wielkie możliwości.

A my? My to będziemy więcej płacić za prąd, za dostawę, zakład energetyczny nie jest wszak instytucją charytatywną.

czwartek, 23 października 2008

Strzyżenie baranów 1

Mamy następną bzdurę „ułatwiającą” życie Polakom. To dzieło ma obowiązywać od 1 stycznia 2009 roku.

Każdy kto będzie chciał po tym terminie sprzedać domek, mieszkanie będzie musiał mieć „ekspertyzę energetyczną” sporządzoną przez fachowca który ukończył specjalistyczny kurs.

Oczywiście będzie to kosztować, w zależności od obiektu od kilkuset do kilkunastu tysięcy złotych. Bez tego nie będzie wolno sprzedać nieruchomości.

Cóż to takiego ta ekspertyza energetyczna? Jest to opis ubytków cieplnych przez ściany, okna, podłogi, sufity, pomoże się zorientować jakie ilości opału będą potrzebne do ogrzania pomieszczenia.

Jest to bezczelny skok na kasę, załatwienie dla swoich ciepłych posadek i fuch.

Kursy trzeba zorganizować, zatrudnić wykładowców, potem egzaminy.

Uprawnienia dostaną ci dla których to wszystko jest zorganizowane, reszta niech zapomni.

A zapłacimy my wszyscy.

wtorek, 21 października 2008

Polska

Polska to najszczęśliwszy kraj pod słońcem. Położenie geograficzne zapewnia nam pełne bezpieczeństwo, wkoło potężne góry – nie do przebycia, każdy sąsiad naszym przyjacielem.

Ze względu na olbrzymie zasoby bogactw naturalnych takich jak ropa naftowa, gaz, węgiel, uran jesteśmy w pełni samowystarczalni.

Nasza gospodarka jest wzorem dla innych państw, pierwsze miejsce w świecie to jest coś!

Choć nie musimy, ale stać nas na potężną armię, więc mamy ponad milion dobrze wyszkolonego żołnierza, najnowocześniejsze środki walki, a rakiet balistycznych z głowicami nuklearnymi tyle, że możemy nimi glob ziemski tak nafaszerować jak keks rodzynkami.

Każdy z nas jest szczerym patriotą, zna historię, jest wzorem cnót obywatelskich, ojczyzny nie zdradzi.

Nikt nigdy nas nie najeżdżał i nigdy nie byliśmy robakiem pod obcym butem.

Piszę coś nie tak? Coś się nie zgadza z historią, rzeczywistością?

No to popatrzmy na zachowanie kolejnych rządów, niby coś robią celem zachowania naszej niepodległości, jednak nigdy do końca, ot tak pół na pół.

Przystępujemy do UE i NATO, lecz czy likwidujemy agentów obcego wywiadu, czy czyścimy WSI z pracowników GRU? Trochę rozpoczął taką pracę rząd PiS, nie zdążył. Pisze na ten temat profesor

Jerzy Urbanowicz - http://www.blogmedia24.pl/node/3945 warto przeczytać.

Obecnie zmniejszamy liczebność armii do wielkości humorystycznej, mało, obserwowałem w pewnej jednostce jak pętali się ochraniarze z kałasznikowami, spytany żołnierz o to co tam robią odparł, że pilnują magazynów z bronią! Sic! Mamy 200 tysięczną armię ochraniarzy w rękach byłych SB i WP w ilości 100 tysięcy. Wikt dla wojska również zapewnia katering, cywile dowożą jedzenie do koszar. Będzie zależało jedynie od dobrej woli ochrony, czy jednostki wyjdą uzbrojone i nakarmione na front.

Czy tak jest we wszystkich jednostkach? Jeśli tak to nikt nas nie broni, NATO również nie będzie, bo niby z jakiej racji? Przecież powinniśmy wnieść jakiś własny wkład w naszą obronę.

Sprawa sąsiadów również identyczna. Nie da się tak, że Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek.

Trzeba się na coś zdecydować. Albo Rosja, albo Niemcy. Znajdujemy się pomiędzy tymi dwiema potęgami, i jedna i druga ma na nas ochotę. Zacznijmy od wschodu, nigdy Rosja nie była nam przyjacielem, ani wzorem. Część Polski pod okupacją rosyjską to była nędza i całkowite zacofanie.

Czego przeciwieństwem był zabór pruski, ta część Polski była dobrze sytuowana i prawidłowo się rozwijała, oczywiście raju nie było, niewola to niewola.

Obrazuje to nawet pochodzenie nazwiska Rusek, Rusak pochodzi od Rosji, ale nie państwa..

Takie nazwiska przypadały tym co nie mieli dobrej opinii, byli gburami, bandytami, świadczy to o niezmienności tej nacji, bo czy tak wiele się zmieniło? Gospodarka Rosji proporcjonalnie do możliwości tego giganta jest żadna. To taki sąsiad bandyta z kijem bejsbolowym który omija pracę lecz nie trunki wyskokowe. Rozwija się i bytuje na „trofiejnym”, w tym kierunku jest bardzo przedsiębiorczy i pomysłowy.

Więc chyba jednak nie.

Jeszcze Ukraina – długie lata żyliśmy wspólnie, tak z jednej jak i drugiej strony były popełniane grzeszki i ciężkie grzechy. Teraz jest państwem niepodległym, szarpiącym się pomiędzy pazerną Rosją i zachodem. Przy odpowiedniej polityce może zostać naszym bardzo cennym przyjacielem,

lecz czy potrafimy o to zabiegać? Potrafimy wybaczyć? Powinniśmy, to dla naszego wspólnego dobra.

Niemcy, obecnie znowu potęga, gospodarcza, militarna, są zdolne do olbrzymiego wysiłku – doprowadzenie byłego NRD do standardów zachodnich mówi wiele.

Między nami na przestrzeni wieków było różnie, były jednak i dobre chwile (pisali nam nawet piosenki - „tysiąc walecznych”), może warto je powtórzyć. Obecnie są naszym sojusznikiem, pół na pół.

Już raz popełniliśmy błąd, błąd za który płacimy do dzisiaj. W 1939 roku zamiast liczyć na pomoc Francji, Anglii, wierzyć Rosjanom w pakt o nieagresji, trzeba było razem z Niemcami wybrać się na wschód. Nie ponieślibyśmy tak olbrzymich strat w ludziach, majątku, świat dzisiaj byłby zupełnie inny, niestety zaważyła na naszej decyzji głupota polityczna.

Ciągle prasa, wszyscy, ciągną propagandę sowiecką bez końca, jacy to Niemcy źli, my jesteśmy lepsi i mądrzejsi, nawet wędliny mają do luftu!

Po roku 1989 często jeździłem do Niemiec, bywałem w wielu miastach, wioskach, wielu domach na terenie RFN. Nigdy nie spotkałem się z niechęcią Niemiec do nas, w wielu domach jadłem, spałem i byłem przyjmowany z otwartymi rękami.

Niemcy wspomagali nas, dostarczali dary do domów dziecka, może ktoś się postara zebrać i opisać ich czyny charytatywne?

A my? Chamstwo na drogach, bufonada, kradzieże samochodów, kradzieże w sklepach, rozboje, „porywanie” worków z odzieżą dla PCK w nocy sprzed domów i wiele innych świństw i to będąc w gościnie.

Czy nasze państwo starało się temu zapobiec? Nie, a mogło i to bardzo łatwo, obowiązywały wtedy jeszcze paszporty, można było je odebrać. Widocznie komuś jednak zależało na psuciu stosunków pomiędzy naszymi państwami.

Na Warmii i Mazurach panowała sielanka, Niemcy przyjeżdżali, to byli nasi przyjaciele, oczywiście zostawiali marki. Tu też postaraliśmy się przerwać taki stan, poszło łatwo, kradzieże, napady.

Teraz ziomkostwa niemieckie występują o zwrot mienia, tym niech się martwi rząd, musi oddalić te roszczenia – to też nakręcanie spirali nienawiści.

Czy ktoś się zastanowił dlaczego tak jest? Kto zyskuje na podsycaniu w nieskończoność antagonizmów pomiędzy nami?

Pozostaje otrzeźwienie i przynajmniej my przestańmy bić pianę na temat złych Niemców.

Może uda się odbudować dobre stosunki od podstaw, od szarego obywatela.

Chyba, że prawdą jest to co napisałem w kilku pierwszych zdaniach, jak tak, to przyjaciele nie są nam potrzebni, a z wrogami poradzimy sobie sami.




niedziela, 19 października 2008

Wpływ główkowania

Czy gra w piłkę nożną na podwórku, pomiędzy śmietnikami może wpływać na intelekt?

Patrząc na drobiących nóżkami zawodników można by pomyśleć, że to jakiś z rodziny ptaków, tym też się tak trafia, zwłaszcza w okresie godowym, a jak wiemy te nie grzeszą zbyt wielkim pomyślunkiem, szczególnie w amoku w jakim znajdują się w tym okresie. Takie drobienie nóżkami nie jest obce również dzieciom w chwili wielkiego parcia na pęcherz.

Lecz nie to jest najgorsze. Takie odbijanie piłki głową, to dopiero może mieć wpływ na pracę mózgu. Ciągłe wstrząsy, raz pionowo, innym razem nieco z boku, cały mózg faluje, rwą się łącza pomiędzy poszczególnymi komórkami, a krew raz zalewa mózgowie, innym razem nie dochodzi do wszystkich części mózgu. Po prostu straszne!

Przy większej ilości takich główek można zaobserwować wytrzeszcz gałek ocznych, jednak taki wytrzeszcz może być spowodowany również chorobą tarczycy.

Jak wiemy taka choroba wpływa na zachowanie emocjonalne chorego, może to bardzo źle wróżyć jego działalności najgorsze, że otoczenie na tym traci.

Niech nikt nie opowiada, że to jest bez znaczenia na pomyślunek takiego osobnika.

Co kilka dni wstecz mogliśmy obserwować w światku politycznym.

sobota, 18 października 2008

Niewiara.

Nie przyjmuję za pewnik nic, czego nie widziałem, nie dotknąłem.

Nie jest to miła przypadłość, znacznie ogranicza wiarę również w dosłownym stopniu.

Więc i dochodzące do mnie wiadomości na temat różdżkarstwa długi czas przyjmowałem jako wytwór ludzkiej wyobraźni. Jednak w roku 1973 musiałem wybudować studnię, tylko pytanie gdzie? Na tym terenie nie były robione odwierty próbne, ani nie było ich w planie.

Czyż bym musiał kopać w ciemno, może nawet w kilku miejscach, albo?

I tu znalazł się sąsiad który stwierdził, że ma znajomego który za pomocą różdżki wskaże miejsce, gdzie będzie można wykopać studnię.

Zgodziłem się, popróbować zawsze można! Różdżkarzem okazał się mój dobry znajomy, który nigdy o tym nie opowiadał, a znaliśmy się kilka ładnych lat, a i trunku też wysączyliśmy wiele.

Tu odbiegnę od tematu. Znajomy Bernard T. był Warmiakiem, rolnikiem po szkole podstawowej,
jednak jego wiedza była bez porównywalnie większa - jaką on miał bibliotekę!

Tam było wszystko, od beletrystyki poprzez historię do nauk ścisłych, każdą z tych książek przeczytał i to nie jeden raz, a najważniejsze, że ze zrozumieniem. Zanim na wsi pojawił się pierwszy telewizor, Bernard już miał kupionych kilka specjalistycznych książek na ten temat.

Tak więc z Bernardem można było rozmawiać na każdy temat i czerpać wiedzę od tego „prostego” chłopa.

Był ode mnie starszy, walczył w szeregach Wermachtu, stacjonował w Krakowie, do niewoli dostał się na zachodzie.

Po wojnie wrócił do rodzinnej wioski pod Biskupcem.

Była to rodzina z chlubną przeszłością która dobrze się zapisała dla Polski podczas plebiscytu, agitując za Polską.

Jednak nie uważał się za Polaka, uważał się za Warmiaka, jego doświadczenia życiowe doprowadziły do tego, że w/g jego słów: „nienawidzę Niemców, nie lubię Polaków, gdybym musiał się zwrócić do kogoś o pomoc, wybrałbym Ukraińca.”

Nigdy nie myślał o wyjeździe do Niemiec, na Warmii się urodził i tutaj został pochowany.

Ale do rzeczy. Bernard przyszedł, wyrwał z jakiegoś krzaka kawał rozwidlonej gałęzi,
wziął toto do rąk i zaczął chodzić po działce. W pewnym momencie gałąź grubości około 1,5 cm zaczęła się wyginać, ja natomiast zacząłem przyglądać się jak można taką gałąź tak wyginać?

Okazało się, że nie można, ona sama się wyginała.

Bernard opisał szerokość podziemnej strugi, jej głębokość i kierunek przepływu. Stwierdził, że jest bardzo wąska, więc mam zaznaczyć to miejsce, bo mogę się po kilku dniach omylić i ominąć ciek.

Oczywiście byłem mądrzejszy – nie zapomnę.

Po wykopaniu studni wszystko się zgadzało, głębokość i to, że jednak zapomniałem gdzie dokładnie jest żyła wodna, więc połowę kręgu stało na żyle połowę na glinie. Woda jednak była.

Tym to sposobem nie miałem wyjścia i musiałem uwierzyć w różdżkarstwo.

Czy to wszystko w co można wierzyć lub nie? Skąd!

Minęło kilkanaście lat, byłem już w nowym miejscu i znowu miałem podobny problem.

W tym czasie robiłem fotele do kościoła w Stoczku Klasztornym pod Lidzbarkiem Warmińskim.
Fotele przywiozłem do Stoczka, tam ksiądz Kazimierz stwierdził, że warto niektóre elementy foteli pozłocić. Więc już na miejscu, razem z kolegą przystąpiliśmy do roboty.

Fotele w kościele, w tle jeden z zakonników.


Praca dość marudna, można rozmawiać, ale uwaga musi być skupiona na tym co się robi, no i nie wolno dmuchać, bo cieniusieńkie płatki złota zostaną zniszczone.

Ksiądz Kazimierz stał nam nad głową i się przyglądał. Słyszałem, że potrafi wykryć chorobę, znaleźć wodę i wiele innych ciekawych rzeczy, coś tak jak ksiądz Klimuszko. Spytałem księdza czy mogę go prosić o odnalezieniem wody, zawiozę na miejsce i odwiozę.

Usłyszałem, że to zbyteczne, hm, zbyteczne, nie można jakoś inaczej odmówić?

Jednak nie była to odmowa. Poprosił mnie o rysunek działki z zaznaczonym budynkiem i drzewami, a zaznaczy na rysunku ciek wodny. Ksiądz nigdy w tej miejscowości nie był, było to kilkadziesiąt kilometrów dalej, nikogo tam nie znał.

Więc ja jako niedowiarek od urodzenia, naszkicowałem działkę byle jak, na odczepnego i podałem księdzu.

Rysunek wyglądał tak:


Ksiądz dłuższą chwilę oglądał rysunek, potem spytał czy dobrze wszystko jest narysowane, spojrzałem przez ramię i stwierdziłem, że dobrze.

Dobre kilka minut ksiądz oglądał rysunek ze wszystkich stron, wreszcie stwierdził, że mam dokładnie go obejrzeć i poprawić błędy.

Zatkało mnie, co to ja nie potrafię zrobić prostego szkicu! Wziąłem rysuneczek i zacząłem go analizować, faktycznie w jednym miejscu popełniłem błąd! Na dobrą sprawę wydawał mi się całkiem nieistotny. W naturze budynek przylegał do granicy, a na rysunku była przerwa pomiędzy linią granicy, a obrysem budynku. Byłem w szoku, skąd ksiądz to wiedział, jak wypatrzył?

Czy tak to przeszkadzało w odnalezieniu żyły wodnej, czy ksiądz chciał mi dać nauczkę?

Poprawiłem, ksiądz długopisem nakreślił linię cieku wodnego. Powiedział na jakiej jest głębokości.

Tak wyglądał szkic prawidłowy, z zaznaczoną żyłą wodną przez księdza Kazimierza.


Sprawdziło się, i znowu musiałem uwierzyć!