Czytam, a tu słoneczko Peru z poświęceniem pieniędzy państwowych uratował chorego kotka, pieniądze były moje i czytających to internetowiczów (z podatków moi mili, z podatków!).
„Dzikiego i wyraźnie chorego kota w Kancelarii Premiera znaleźli współpracownicy Donalda Tuska. „
Najciekawsze, że kotek mieszkał w Kancelarii Premiera i tu rodzi się pytanie, kto do jasnej cholery dopuścił do zdziczenia, zagłodzenia i choroby kotka jak nie lokatorzy Kancelarii Premiera?
Dlaczego zasługę uratowania kota przypisuje się premierowi a nie współpracownikom?
A może wpierw zagłodzono kota i doprowadzono do choroby (mszcząc się w ten sposób na miłośnikach kotów), by potem przysporzyć sobie chwały swoim miłosierdziem?