wtorek, 30 września 2008

Prawo jazdy

Jak to się kiedyś chodziło na kurs jazdy motocyklem, samochodem i jak się zdawało?

Cofnę się o pięćdziesiąt kilka lat, wtedy to w 1956 roku miałem przyjemność zaliczyć taki kurs na motocykl i zdać egzamin na prawo jazdy za pierwszym razem. Napisałem przyjemność?

Oczywiście, bo to była przyjemność, kurs był całkiem w porządku, egzamin również, nikt złośliwie nie oblewał i nie oczekiwał na łapówkę.

Na kursie kładli w głowy przyszłych kierowców przepisy ruchu drogowego, tajniki mechaniki tych piekielnych pojazdów i jak dokonać drobnej naprawy.

Ten kurs na którym byłem, był przeprowadzany na terenie PGR Łojdy, kilka kilometrów od Bartoszyc.

Piszę o miejscu dlatego, że nauka jazdy też tam się odbywała. W PGR raczej autostrad i zawiłych skrzyżowań ze światłami nie było, była ze to łączka z wielkimi kretowiskami.

Tam to właśnie odbywała się nauka jazdy na motocyklu Jawa 250. Uczyliśmy się wywijać ósemki,

co w labiryncie kretowisk nie było dla nowicjuszy wcale takie łatwe.

Egzamin był z przepisów, mechaniki i jazdy, która odbyła się na kawałku piaszczystej drogi i tym nieszczęsnym kretowisku. Zdałem, jak i znakomita większość kursantów, odpad był raczej z winy braku wiedzy ze spraw mechanicznych.

Po tym egzaminie zafundowałem sobie motocykl NSU 300 OT, którym to pojazdem zacząłem się wybierać do oddalonych o 6 km Bartoszyc.

Kolega usiadł na tylnym siodełku, ja ruszyłem z fantazją no i jadę. Całą drogę do Bartoszyc coś koledze opowiadałem, wreszcie przyszedł czas na odpowiedź, a tu nic! Odwracam się kumpla niema! Został biedaczysko w miejscu gdzie usiadł na motocykl, to była taka moja wpadka, nowe prawo jazdy, nowy (stary) motocykl, okazało się, że ruszać z pasażerem należy spokojniej!

Mimo tak prostego egzaminu żyję do dzisiaj, jeździłem motocyklem do Olsztyna, Sopotu, Warszawy. Że ruch nie taki? Ale ile drzew przy szosach! Szosy bardzo wąskie, obok asfaltu miejsce dla furmanek, czyli goła ziemia z wielkimi dziurami. Nigdy się nie połamałem, jeżdżę do dzisiaj.

Teraz samochód. Te prawo jazdy zdobyłem w Biskupcu, kilka lat później.

Nie chodziłem na kurs, można było zdawać bez kursu. Jeździć uczyłem się Żukiem, a uczył mnie kierowca firmowy. Nauka była bardzo prosta, jak wiózł mnie i materiały na budowę, to ja prowadziłem samochód pod jego czujnym okiem.

Nauczycielem był doskonałym, zdałem bez problemu i to po zaledwie kilku jazdach po szosie i w mieście.

Egzamin odbywał się na szosie poza miastem, oczywiście wpierw kodeks drogowy potem mechanika.

Zdawałem na Żuku, na którym się uczyłem jeździć, a wyglądało to tak:

Do samochodu wsiadł obok mnie egzaminator i polecił pojechać prosto szosą, po jakichś trzech kilometrach powiedział, że mam zawrócić. Zobaczyłem dróżkę skręcającą z szosy do lasu, w dół,

przyhamowałem i skręcając tyłem zacząłem cofać do lasu. Przed tym manewrem zobaczyłem czy się zmieszczę, egzaminator nie zauważył tego, wpadł w panikę i zaczął krzyczeć żebym stanął bo rozbiję samochód, tego polecenia nie wykonałem i spokojnie dokończyłem manewr, wyjechałem na szosę i skierowałem się do punktu egzaminacyjnego. Egzaminator był a szoku, nie odzywał się.

Dojeżdżając nie wiedziałem czy mam stanąć czy jechać dalej, więc spytałem, stanąć?

Przez jakiś czas milczał potem stwierdził stanąć, spytałem gdzie dokładnie, stwierdził przy schodach. A my byliśmy od tych schodów jakieś 5 metrów!

Owszem zatrzymałem się dokładnie przy schodach, a egzaminator na przedniej szybie Żuka!

Wypadł z samochodu wściekły i pobiegł do budynku. Byłem pewny, że będę musiał jeszcze raz zdawać, jakież było moje zdumienie gdy usłyszałem, że egzamin mam zaliczony.

Już to widzę teraz! Taki bubek by się mścił przez 100 egzaminów.

Jak wspomniałem jeżdżę do dzisiaj, jestem cały, nikogo nie uszkodziłem.


Jak jest dzisiaj? Opiszę to na przykładzie syna i córki.

Syn jeździł motocyklem od niemal pieluszki, jak dorósł udał się na egzamin i oblał z jazdy.

Zrobił zbyt ciasną ósemkę!

Po prostu egzaminatorowi nie mieściło się w głowie, że może ktoś zdać bez łapówki.


Córka zaliczała samochód, nie mogła zdać z jazdy, cztery razy i nic! Wreszcie połapała się w czym rzecz, milusiński egzaminator jak ruszała spod świateł wciskał hamulec, córce gasł silnik.

Zwróciła mu na to uwagę, jedynie się roześmiał.

Zmieniła miejsce zdawania egzaminu z Olsztyna na Ostrołękę, zdała bez problemu.


Kursy są długie, mechaniki brak, jazdy wiele godzin, a prawie nikt nie zdaje.


Miałem dużo znajomych Warmiaków którzy wyjechali na stałe do Niemiec, w Polsce nie mogli zdać, tam zdali.


Wrócę do córki, wyjechała na stałe do Japonii, musiała zrobić tam prawo jazdy, początkowo bardzo słabo znała język, ruch lewostronny, a zdała za pierwszym podejściem.


Więc co jest nie tak z naszymi kursami i egzaminami? Czy to jedynie sprawa łapówek, a może jesteśmy dla siebie tak wredni? Może zły program nauczania?




niedziela, 28 września 2008

Wiem!

Nie rozumiałem dlaczego nasi prawodawcy, policja i rządzący nie byli w stanie przez tyle lat doprowadzić do zmniejszenia wypadków komunikacyjnych.

Przecież w innych państwach jakoś sobie radzą, lepiej lub gorzej, jednak w większości znacznie lepiej niż my.

Obecnie prawie wszyscy łamią przepisy drogowe, szczególnie przekraczanie dozwolonej szybkości, wyprzedzanie na trzeciego, pijaństwo, w miastach jeżdżą prawie sami daltoniści, po jakie licho w takim układzie sygnalizacja świetlna!

Więc mniej więcej co dwie godziny zostaje taki umrzyk zdrapywany z drzewa, szosy lub wycinany z puszki którą prowadził. W sprzyjającej okoliczności pozostaje sparaliżowany, połamany, staje się ciężarem dla własnej rodziny i społeczeństwa.

Gdyby to spotkało jedynie winowajcę, nic z tych rzeczy, oni częstokroć są mniej poszkodowani od tych którzy mieli nieszczęście spotkać ich na swojej drodze.

I nic, ani przepisy kodeksu drogowego, ani policja, ani księża, o rozumie nie wspomnę, bo akurat tego tym szoferakom brak, nie wpływa na zmianę zachowań.

I raptem doznałem olśnienia! Gospodarka głupcze! Teraz przeanalizujmy sprawę.

Alkohol trzeba sprzedać, dyskoteki też powinny zarabiać i płacić podatki.

Fabryki mogą produkować samochody, części zamienne, warsztaty mają pełne ręce roboty, prostowanie, wymienianie, malowanie, fabryki lakierów aż się grzeją.

Jak wiadomo zwłoki wymagają pochówku, a to ubrania, trumny, miejsca na cmentarzu, przewozu, pomnika, kwiatów, zniczy, udział księdza też jest niezbędny, acz kosztowny.

Do wypadku przyjedzie karetka, straż ogniowa, policja, będzie wypalona benzyna.

Jeśli ofiara miała jakieś dobra doczesne – adwokat też będzie mieć zajęcie – no i kasę.

Prasa za nekrolog też weźmie swoje.

A tacy w szpitalu? Lekarstwa, bandaże, różne narzędzia chirurgiczne, praca lekarzy, pielęgniarek.

Produkcja protez, materaców przeciw odleżynowych, zajęcie dla chirurgów plastycznych.

A jaki ruch w interesie ubezpieczeniowym, gdyby takich wypadków nie było kto by się ubezpieczał i niby przed czym.

Sądy też będą miały zajęcie, więc zużycie papieru, tunerów, spinaczy, komputerów.

Czy to wszystko, skąd, ale jestem zbyt leniwy żeby dojść do wszystkiego.

A od tych wszystkich czynności podatek! I już budżet państwowy ma się lepiej i jakiś tam wzrost gospodarczy z tego tytułu też można zanotować.

Bezrobocie mniejsze i oczywiście najważniejsze, o te kilka tysięcy rocznie mniej wydychających tak zabójczy dla naszej planety dwutlenek węgla, tym to sposobem może jakoś przeżyjemy czekające nas globalne ocieplenie.

piątek, 26 września 2008

Niemieckie przygotowania do zdławienia powstania w Warszawie

Już zimą z 1939 na 1940 rok, Niemcy postanowili przygotować się na wypadek wybuchu powstania w Warszawie. To pierwsze opracowanie zostało wykonane przez dowództwo w Rembertowie.

Dlaczego tak wcześnie?! No cóż Niemcy są skrupulatni, nas też znają, więc woleli być przygotowani na taką ewentualność.

Po rozpoczęciu wojny z ZSRR, ze względu na zmniejszenie sił, Niemcy zmienili założenia w/g jakich powstanie miałoby zostać zdławione.

Rozpoczęli fortyfikacje wszystkich punktów w których mieściły się kwatery wojska, SS, SA, policji, niemieckie urzędy i instytucje.

Budynki wzmacniano zasiekami z drutu kolczastego, wykonano okopy strzeleckie, niektóre punkty wzmocniono artylerią.

Podobnie zabezpieczono mosty, skrzyżowania, ważne ulice, wiadukty.

Stworzono dzielnice niemieckie gdzie zamieszkała ludność niemiecka, co zapewniało łatwiejszą ich obronę.

W czerwcu 1944 roku plan stłumienia powstania przewidywał wykorzystanie w tym celu:


około 15 000 żołnierzy Wehrmachtu

około 13 000 - „ - Luftwaffe

-”- 4 000 - „ - SS

-”- 4 000 policjantów


Dodatkowo miało walczyć około 4 000 pracowników cywilnych, straż kolejowa, straż fabryczna, oddziały SA.

Łącznie planowano użyć 40 000 ludzi do zdławienia powstania.

Plany te po klęsce Niemców na Białorusi stały się nieaktualne.

Wycofano z Warszawy pułk policji płk Harringa, wyszkolony w walkach ulicznych.

Również większość oddziałów SS zostało przerzuconych na inne odcinki frontu.

Front się zbliżał, ewakuacja wojska zmniejszała liczebność garnizonu Warszawa, panika 23 - 24 lipca doprowadziła do ucieczki niemieckiej ludności cywilnej – która była w planach dławienia powstania.

Efekt tego był taki, że Niemcy w walkach w dniu 1 sierpnia 1944 roku mogli użyć:

oddziały pod dowództwem gen. Stahela około 10 000 – 11 000 żołnierzy

jednostki lotnictwa około 2 000 żołnierzy

część dywizji „Herman Goering” około 1 000 żołnierzy

pionierzy na mostach około 300 żołnierzy

Więc razem około 13 000 – 14 000 żołnierzy, może jeszcze jacyś cywile, małe jednostki, zamiast planowanych 40 000.

Wartość bojowa tych jednostek najczęściej była marna, ponadto całkowity chaos w dowództwie niemieckim, pozwalały się jedynie bronić przed atakami powstańców.

Do zdławienia powstania konieczny był dopływ nowych jednostek niemieckich i tak się niestety stało.





środa, 24 września 2008

Sztuka manipulacji

Jak co roku toczy się w tym czasie dyskusja na temat Powstania Warszawskiego, nie może w niej zabraknąć rozmowy na temat udziału w dławieniu powstania RONA (Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armia). Nie wszystkim jest wiadome, że taka jednostka składająca się z młodych Rosjan brała niechlubny udział w tych walkach, ba gdyby to tylko w walkach.


Ta jednostka w podzięce za swoje „dokonania” w walkach w rejonie Witebska i Borysowa w lecie 1944 roku, oraz sprawdzeniu się w walkach z partyzantami została wcielona przez Himmlera do SS.


W pierwszych dniach powstania 3-4 sierpnia została przerzucona z Częstochowy do Warszawy.

W walkach wsławiła się niebywałym okrucieństwem, mordami ludności cywilnej, gwałtami, grabieżą.


Oto opinia tej jednostki wystawiona przez obergrupprnfuhrer SS von dem Bacha:

„Brygada Kamińskiego w ogóle nie miała żadnej wojskowej wartości bojowej. Jeżeli pojedynczym ludziom nie można odmówić osobistej odwagi, to ta osobista odwaga ledwie się zaznaczała, ponieważ oficerom i żołnierzom brakowało jakiegokolwiek taktycznego zrozumienia.

O ile atakowano, nie decydowały o tym taktyczne względy, lecz osobiste, egoistyczne instynkty rabunkowe. Zdobycie składu wódek było dla brygady ważniejsze niż zajęcie jakiejkolwiek panującej nad ulicą pozycji. Każde natarcie natychmiast zatrzymywało się przez to, że oddziały po zajęciu obiektu rozpraszały się na luźne bandy plądrujące.”


A teraz czego się dowie czytelnik z Wikipedii?

W całym opisie jest szczegółowo opisana historia jednostki, widać, że pisali ją historycy

[InternetShortcut]
URL=http://pl.wikipedia.org/wiki/RONA



A czego się dowiemy o udziale RONA w powstaniu? Niczego!

Oto wycinek z Wikipedii na temat pobytu RONA na ziemiach Polskich:

Na ziemiach polskich [edytuj]

W tym czasie zwierzchnictwo nad RONA postanowił przejąć Reichsführer SS Heinrich Himmler. Za jego zgodą tabor B. W. Kamińskiego wyruszył koleją przez Białystok-Łapy na Ostrołękę. Do podjęcia decyzji o dalszych losach brygady i cywili wyładowano ich w miejscowości Wygoda pomiędzy Łomżą a Zambrowem. Stąd została ona 20 lipca przetransportowana do Sokołowa Podlaskiego. Jednakże szybkie zbliżanie się frontu spowodowało, że już 22 lipca wyruszono przez Otwock-Górę Kalwarię-Warkę-Grójec-Tomaszów Mazowiecki-Piotrków Trybunalski do Częstochowy. Niemcy rozważali plan osiedlenia żołnierzy RONA i cywilów w Miechowskiem w celu zniszczenia miejscowej polskiej partyzantki. Pojawiła się też realniejsza koncepcja przeniesienia ich na Węgry, do czego ostatecznie nie doszło wskutek niechęci władz węgierskich. Uchodźcy zostali więc zatrzymani na Górnym Śląsku w rejonie Raciborza. Liczebność RONA wynosiła wówczas ok. 6,5 tys. ludzi. Ponieważ szybko zabrakło żywności, rozpoczęli grabież miejscowej ludności cywilnej. Pod koniec lipca RONA została włączona w skład Waffen-SS jako Brygada Szturmowa SS "RONA".



Jak widzimy autorzy nawet się nie zająknęli na temat udziału RONA w dławieniu Powstania Warszawskiego.

Nie ma to jak manipulacja, dobra manipulacja!




piątek, 19 września 2008

Czy musiało wybuchnąć.

Pisałem to dosyć dawno, jednak zostałem sprowokowany tekstem Jacka Tomczaka na prawica.net, do powtórnego opublikowania.


Jak wygląda sytuacja na froncie? Od wschodu nadciągała Czerwona Armia, co noc nadlatywały nad Warszawę sowieckie samoloty rozpoznawcze i bombowce, ostrzeliwały i bombardowały wojska niemieckie.

Niemcy zaczęli się przygotowywać do obrony miasta, gubernator Fischer podpisał odezwę w której stwierdził, że Warszawa będzie broniona. W dzienniku 9 armii niemieckiej zapisano pod datą 27.07.44: „Nieprzyjaciel zdobywa teren na drogach prowadzących na północo-zachód; Garwolin pada. Istnieje poważne niebezpieczeństwo dla przyczółka Warszawa. Sztab 9 armii czyni wszelkie wysiłki, aby powstrzymać nieprzyjaciela przez natychmiastowe wprowadzenie do walki nadchodzących nowych sił. Zagrożone są tyły 2 armii, choć części 3 dywizji pancernej „Totenkopf” są w Kałuszynie. 9 armia stara się nawiązać tam łączność.”

Gubernator Fischer wzywa do stawienia się w dn. 28.07.44 o godzinie 8 rano w wyznaczonych punktach 100 000 mężczyzn w wieku od 17 do 65 lat celem kopania rowów strzeleckich.

W dn 28.07.44 kilkaset niemieckich samochodów podjechało na wyznaczone punkty zbiórek,

zamiast 100 000 stawiło się kilkaset osób, samochody odjechały puste.

Można się było spodziewać represji za tak jawne nie wykonanie rozkazu gubernatora.

29.07.44 pancerna szpica sowiecka dociera na Targówek, wdziera się w głąb sił niemieckich.

Saperzy niemieccy minują mosty, zwiększa się ilość patroli niemieckich, nad Warszawą toczą się walki pomiędzy samolotami radzieckimi i niemieckimi.

W dzienniku 9 armii zapisano 30 lipca: Sytuacja nad Warszawą staje się groźna. Nieprzyjaciel zajął Wiązownię (7 km na płn.-wschód Otwock). 73 dywizja piechoty stara się utrzymać na nakazanej linii Otwock – Mińsk Mazowiecki. Dalej na północ nieprzyjaciel dotarł do Wołomina. Praga stoi otworem i prawie bezbronna.”

Tego dnia radiostacja im. Tadeusza Kościuszki czterokrotnie w godzinach; 15.00, 20.55, 21.55, i 23.00 nadaje:

Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się do Pragi. Nadchodzą, aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni.

Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie.

Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej.

Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę, przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi.

Milion ludności Warszawy niech stanie się milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność.”

Te słowa pasowały do nastrojów ludności Warszawy, więc Powstanie Warszawskie było nieuniknione.

Gdyby nie było Powstania, Warszawę czekał los Wrocławia, ile zginęłoby mieszkańców?

Po wkroczeniu Czerwonej Armii żołnierze AK, NSZ trafiliby za Ural, część byłaby rozstrzelana na miejscu. Tak przynajmniej uratowali się na zachodzie.


Sprawiedliwość dziejowa

Jak to różnie można pojmować sprawiedliwość dziejową.

Komu się należy? Czy tym co na skutek jakichś zawirowań dziejowych stracili, a może tym co zyskali kosztem tracących?

Okazuje się, że tym co zyskali. Podzielił się taką wiedzą w TV pan Napieralski.

Powiedział to w związku z planem PO zmniejszenia budżetu na IPN, był bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy, uznał to za cytuję: „sprawiedliwość dziejową”!

Bo niby z jakiej racji „żołnierze polityczni IPN” mają doszukiwać się niecnych sprawek SB – ków i ich piesków TW?

Również całkiem zbyteczne widzi się Napieralskiemu rozjaśnianie przez IPN białych plam w naszej historii najnowszej.

Ogólnie to jest za likwidacją IPN, cóż ja się nie dziwię.

Wszak SLD to nieboszczka PZPR, w tym problem, że nie do końca nieboszczka, bo tak jak Feniks

odrodziła się dzięki naszemu ogłupiałemu społeczeństwu.

Nie na rękę jest tym co przejęli majątek narodowy, żeby wyszło na światło dzienne kim byli przed dwudziestu laty. Dlaczego im udało się ukraść pierwszy milion i nie tylko pierwszy, a inni muszą wegetować za kilkaset złotych miesięcznie.

Brawo panie Napieralski, czekamy jeszcze na podróż do Moskwy i poproszenie o bratnią pomoc.

Uzyska Pan na pewno pomoc od PO, może dadzą na bilet?

Zaoszczędzą na IPN, będą mieli z czego wspomóc taką delegację.

wtorek, 16 września 2008

Belfer Fedoryczko

Opisane tutaj wydarzenia miały miejsce w początkach lat dwudziestych XX wieku.

Miejscem ich były okoliczne wsie w pobliżu Siedlec i Lublina, a w nich szkoły.

Bohaterem jest nauczyciel, nauczyciel który miał doskonałe wyniki w nauczaniu wiejskich dzieci, niestety metody były drakońskie.

Z tego też to powodu pan nauczyciel Fedoryczno był co roku przerzucany z jednej szkoły do drugiej, i tak rok w rok.

Właściwie kwalifikował się do wywalenia, ale te wyniki w nauczaniu!


Nauczyciel który przejmował po nim klasę miał komfortowe warunki, dzieci potrafiły wszystko co było w programie, podczas lekcji była idealna cisza, słychać było przelatujące muchy.

Uczyły się bardzo dobrze, żaden z uczniów nie miał modnej dzisiaj dysleksji, ani żadnej innej dzisiejszej fanaberii.


Teraz przejdźmy do metod pana Fedoryczki, chłop był piekielnie nerwowy, może kochał dzieci

i chciał jak najlepiej, ale te nerwy!

Więc jak któryś z dzieciaków kichnął, odezwał się, czy szurgnął nogą, w jego stronę od razu leciało to co pan nauczyciel miał pod ręką, nie miało znaczenia czy to był kałamarz pełny atramentu, linijka cyrkiel, czy cokolwiek innego na co natrafiła ręka pana Fedoryczki.

Identyczna reakcja zachodziła jeśli uczeń czegoś nie potrafił, miał nieodrobioną lekcję, zapomniał ołówka czy zeszytu, był brudny.


Jeśli to trafiło ostatnią klasę szkoły podstawowej, w gimnazjum stawały się prymusami!


Moja matka miała właśnie przyjemność przejąć po nim klasę, nie mogła się nachwalić dobrego wychowania i wybitnych zdolności wszystkich uczniów, zaznaczam wszystkich których uczył pan Fedoryczko.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku miło wspominała klasę po panu Fedoryczce.


Po wojnie takich nauczycieli już nie było.

Można było zostać wysłanym do kąta, poklęczeć, dostać linijką po łapie i to wszystko.


Mnie uczył w szkole podstawowej śpiewu nauczyciel co smyka używał do lepszego przyswajania materiału, kiedyś na jakimś zakutym łbie, chyba w czwartej klasie, smyczek został złamany.

Rodzice właściciela twardej głowy musieli przyjść do szkoły i odkupić smyczek.

Czy można coś takiego wyobrazić sobie dzisiaj?!


No tak, ale były to czasy, gdy uczeń nie wykłócał się z nauczycielem, nie zakładał nauczycielowi kosza od śmieci na głowę, nauczyciela szanował i cenił.


Teraz mamy metody wychowawcze wprost przeciwne, jest kodeks ucznia, uczeń może wszystko.

Złego stopnia też nie dostanie, no bo jak? Może być wtedy zestresowany, może wlać nauczycielowi,

a i nauczyciel będzie mieć gorsze wyniki z których bezspornie wyniknie, że nie potrafi przelać swojej wiedzy do opornej makówki.

Zachowuje się w szkole skandalicznie, bije młodszych kolegów, też nic nie można mu zrobić, nawet wywalić ze szkoły niema jak.

Panny z podstawówki wychowane na kolorowych pisemkach, wymalowane, niby ubrane, świecą gołymi brzuchami, a często i tyłkami na lekcjach, czy słuchają o czym mówi nauczyciel?

Może jedynie taksują koleżanki, która ma lepszy ciuch i lepiej się wymalowała? Który rodzic nuworysz sypnął większą kasą.

I tak to rośnie nam pokolenie młodocianych debili, wiedzy zero, ale zachłanność na doczesne dobra przeolbrzymia!


Tym sposobem wpadamy z jednego idiotyzmu którego przedstawicielem był pan Fedoryczko w inny, tu przedstawicielem jest lewica.

Zawdzięczamy to między innymi pokoleniu dzieci kwiatów i lewicowym „wynalazkom”.


Z dwojga złego lepszy jest ten pierwszy, przynajmniej uczeń zdobywał wiedzę.